Szkolak

W to pewnie trudno uwierzyć większości rodziców, ale mały za parę miesięcy zakończy swoją karierę w przedszkolu i stanie się, wedle jego własnych słów, szkolakiem! Bo już nie przedszkolakiem przecież. Logika języka dziecięcego kolejny raz mnie zaskakuje.

Byłam na drzwiach otwartych szkoły, gdzie mały będzie chodził. Po pierwsze i najważniejsze – to szkoła położona najbliżej, w naszym rejonie (a z rejonami były już niezłe jaja, na dniach otwartych była jedna mama, która specjalnie kupiła mieszkanie tu u nas, żeby być w rejonie tej szkoły. A tu niespodzianka! Zmienili obszary rejonów, bo przecież gimnazja zamieniają się w podstawówki i jest piękne zamieszanie dzięki naszemu kochanemu rządowi. No i choć jej mieszkanie jest blisko, to zostało wsiorbane w rejon innej szkoły. Ha!

My mieszkamy tak blisko, że nie wiem, co by musieli wymyślić, żeby nas wysiudać. Są rodzice, którzy się rozglądają za „lepszą” szkołą, z „lepszą” kadrą itp. Piszę w cudzysłowiach, bo skąd kto wie, na jakiego to „lepszego” nauczyciela trafi dziecko i będzie z nim musiało współpracować przez 3 lata? A potem? A skąd to wiadomo, co będzie za 3 lata i gdzie wtedy będą ci „lepsi”? Jednym słowem, mam to w nosie. Nie mam natomiast w nosie faktu odprowadzania dziecka w tę i we w tę. Jeśli mam wybór między dziesięcioma minutami przez osiedle na piechotkę a półgodziną spędzoną w aucie w korku, to wybór jest naprawdę prosty.

Bliskość placówki nie oznacza niestety jakiegoś wypasionego wysypiania się, już nam zapowiedziano z dumą, że wszystkie klasy pierwsze będą miały na pierwszą zmianę, a oznacza to początek lekcji o 7:30. Nie będzie łatwo… Ale na pewno łatwiej niż dojeżdżanie gdziekolwiek, nie daj Boże, też na tę masakryczną godzinę.

Duże znaczenie ma też fakt, że ta szkoła należy do zespołu szkolno-przedszkolnego, który mały zna, tu chodzi do przedszkola od 3 lat. Od razu było widać, które dzieciaki są stąd – biegały, krzyczały, dokazywały, kręciły się na obrotowych krzesłach w gabinecie psychologa itp., a które są, ze tak powiem, nowe. Od razu przypomniałam sobie samą siebie sprzed wielu lat. Nie chodziłam do przedszkola, edukację zaczęłam od zerówki. To był dla mnie duży szok, najchętniej schowałabym się za mamę i tak została. Tak właśnie te dzieci się zachowywały, trzymały rodziców kurczowo za rękę, nic nie chciały oglądać, a w ogóle to szkoła była dla nich głupia (jak usłyszałam). Współczuję. Moje dziecko, wcale nie jakiś przebojowiec, w ogóle się nie stresowało, niektóre sale znało z odwiedzin z przedszkola, kolegów miało przy sobie, nic tylko szaleć.

Muszę się tu przyznać, że na samym  początku tych drzwi otwartych wyszłam na matkę roku, bo myślałam, że to będą głównie informacje dla rodziców, więc zaprowadziłam małego do przedszkola i zjawiłam się w szkole, gdzie stała już grupka znanych mi rodziców ze… swoimi dziećmi… „No jak, przecież to głównie dla nich te drzwi otwarte” – usłyszałam. No to pognałam z powrotem do przedszkola i wzięłam zaskoczonego małego ze sobą…