Wielkanoc

Wesołych, pełnych rodzinnego gwaru Świąt Wielkanocy, smacznych jajków z majonezem i żurków z kiełbachą. Jak najmniej telewizji, jak najwięcej poszukiwania wiosny w parkach, na skwerkach i ogródkach 🙂

Dzień Bloga, olaboga

Dzień dzisiejszy jest deszczowy i dość melancholijnie nastawia do upływającego czasu…

A czas leci i stawia nam mnogo wymagań, zwłaszcza kiedy się dziecię wychowuje. To, co jeszcze wczoraj (metaforycznie mówiąc, bo tak naprawdę mam na myśli kilka miesiący) było najważniejsze na świecie (czyli mleko „jedynka”, przegotowana woda mineralna, owocki w słoiczku etc.) dziś nie ma już racji bytu. Bo lecimy już na „trójce”, wodę albo gotujemy w czajniku zwykłą, albo lejemy prosto z butelki, uff, jaka ulga. A owoca dziecię konsumuje z ręki gryząc samodzielnie na kawałki, więc nie ma już dyktatu posiadania desereczków w słoiczeczkach. Bo też i strach, że poda się coś niestosownego wielkiemu zmniejszeniu uległ.

Całe szczęście, nie wszystko jednak muszę zmieniać; włosy mi się zjeżyły tu i ówdzie, gdy czytałam menu dla dzieci w wieku 1-3. Skonsultowałam z lekarką moje obawy przed kanapkami i chęci dalszego podawania kaszki na śniadanie i kolacyję. Przyznała mi rację, że nie ma co szaleć, kanapek się jeszcze dziecię naje, a ona bardziej obawia się rodziców eksperymentatorów, co to z ananasem do dziecka startują, niż takich konserw jak ja, co to nauczyła się kaszkami dziecko karmić i na razie poprzestać na tym chce.

W każdym razie po dziecku najbardziej widać upływ czasu – leży, leży, potem pełza, pełza, po chwili już raczkuje, po czym i to staje się nieaktualne, bo już na dwóch kończynach biega. A jak biega, to trzeba buty szykować, co do tej pory takie odległe było. I tak ze wszystkim – w piątek wystarcza karton jako ochrona przed skubaniem kwiatka, w poniedziałek skubaniec już umie karton przestawić; w poniedziałek swobodnie można gościa do okna balkonowego puszczać i nic się nie dzieje, w środę już odrywa listwy roletowe i próbuje urwać sznureczek od nich (rolet). Najpierw jeździ w malutkim foteliku tyłem do jazdy. Potem fotelik się odwraca, a potem trzeba już szykować większy… Żadnego constans…

Miało być o zmianach ostatniego roku 🙂 Tak podpowiedzieli tutaj: http://waszymzdaniem.blog.pl/2012/08/31/swietujemy-dzien-bloga/

Z okazji Dnia Bloga, poniżej wytypowane przeze mnie blogi w liczbie 5:

http://barbarella.blog.pl/

http://kuraaktualniedomowa.blox.pl/html

http://lady-in-the-office.blogspot.com/

http://wyzwania-losu.blogspot.com/

http://kylemehr.avx.pl/hk/

Czytam, zaśmiewam się (zwłaszcza z barbarelli i kury, lubię takie podejście do życia) i polecam innym.

A wszystkim Blogowiczom życzę miłego dnia.

Total exclusive

Jeden z piękniejszych widoków o tej porze roku 🙂 Mniam, uwielbiam. I jak co roku załamuję ręce nad ceną 😦

Uważam truskawki za całkowicie ekskluzywne owoce. Sezon truskawkowy trwa około miesiąca, gdy minie – nie ma zmiłuj. Można wydać straszne pieniądze na te czerwone cuda sprowadzane z Hiszpanii i dostępne (chyba?) przez cały rok, ale… TO NIE TO! Nie ten zapach, nie ten smak, nie ta konsystencja. Czasami ulegam i kupuję i żuję te kartonowe nadnaturalnie duże „truskawki” i w mej głowie kołacze się tylko jedna myśl – gdzie tam im do majowo-czerwcowych cudów polskich plantacji…

Miłość do dziecka

Bałam się, że mogę nie pokochać swojego dziecka, wiem, brzmi to strasznie, ale, po pierwsze, zdarza się, po drugie, nigdy za dziećmi nie przepadałam (eufemistycznie ujmując). Dzieciaki mnie irytowały, były za głośne, zbyt absorbujące, ciągle czegoś potrzebowały: a to pielucha, a to jeść, a to pić, a to „on się bije”, a to coś tam. Mama mi mówiła, że ze swoim jest inaczej, myślałam jednak, że tak tylko mówi, powtarza obiegową opinię.

Moje obawy rozwiały się szybko, synka pokochałam od razu, jak na amerykańskim filmie. Pokazali mi go na chwilę na sali operacyjnej, kiedy jeszcze mnie zszywano i po prostu miłość mnie zalała, na co ja zalałam się łzami. Wzruszenie i łzy to, wg mnie, naturalna reakcja w takiej sytuacji, kilka razy jednak zapytano mnie w szpitalu: dlaczego pani płacze? O Jezu, jak odpowiedzieć na takie pytanie?

A skąd tak od razu miłość do czerwonej, wrzeszczącej istoty? Instynkt? Nie mogłam nawet na początku synka przytulić, cały dzień leżałam jak kłoda, myślałam o bólu, o krwi, której tyle straciłam, obserwowałam inne cierpiące pacjentki na sali. Kiedy późnym wieczorem przynieśli mi synka, nie wiedziałam, jak go trzymać, co robić, brzuch bolał jak cholera, a tu jeszcze trzeba próbować karmić… Strach i ból przysłonił mi to pierwsze uczucie wielkiej miłości i wzruszenia. Tak było jeszcze przez kilka miesięcy, miłość – owszem, ale przede wszystkim stres, poczucie wielkiej odpowiedzialności, strach (czy wszystko robię dobrze?), zmęczenie, niewyspanie i poczucie utraty kontroli nad podstawowymi sprawami. Choćby takie wyjście do parku – jak tylko mały się budził, to płakał i wtedy wpadałam w panikę, co robić!? Wywalać na ławce cyckę i karmić? Lecieć do domu? Bujać? W ogóle wyciągać z wózka, bo przecież wieje? Masakra.

Teraz jest o niebo lepiej, wszystko się unormowało; przede wszystkim jest kontakt z dzieckiem! Nie ma takiej opcji, że mały płacze, a ja nie wiem dlaczego i nie mogę go uspokoić! Nie ma też problemu z ciągłym podawaniem mleka – mały je co 3-4 godziny, w tym czasie, między posiłkami, mogę z nim iść do sklepu czy do restauracji, gdziekolwiek. Dla niego to frajda, ciekawi go wszystko, rozgląda się, poznaje nowe miejsca. A gdy się zmęczy – zasypia. Łatwo go czymś zająć, zabawić, rozśmieszyć. Wiem, kiedy jest zmęczony, a kiedy tylko znudzony.

A co ma do tego miłość? Ha! Odkąd nastały czasy pt. „Wiem, o co chodzi mojemu dziecku”, miłość rodzicielska rozkwita. Nie jest przytłumiona lękiem, nie przygniata jej stres. Znów jest tak wyraźna i czysta, jak w tych pierwszych chwilach po porodzie. Wszystko jest sto razy łatwiejsze, niż parę miesięcy temu; ubieranie, rozbieranie, zmiana pampersa, mycie tyłka po kupie, karmienie, kąpiel. Przez to czujemy się pewnie – i my, rodzice, i mały.

Rozumiemy się z małym bez słów, a to cecha wielkiej miłości, prawda?

Wpis dedykuję wszystkim zalęknionym początkującym mamom. Wiem, że wiele z was ma wątpliwości co do swoich uczuć do dziecka.

PS

Zamierzałam napisać notkę o poruszającej mnie do głębi wszystkim nam znanej tragedii z Sosnowca, jednak zmieniłam zdanie; swoje przemyślenia na ten temat zachowam na razie dla siebie.

Grafik jest święty

Od dłuższego czasu mamy z małym ustalony porządek dnia (i nocy). Mniej więcej o tej samej porze posiłki, drzemki, kąpiel; plus minus godzina. Dobrze wszystko funkcjonuje w tym ustalonym rytmie, nie warto niczego zmieniać czy przesuwać, o czym przekonałam się kilka dni temu. Mężydło postanowiło zażyć nieco ruchu, bowiem doszło w końcu do przekonania, że tryb życia dom-samochód-firma-samochód-dom dostarcza mu go zbyt mało. Ten nadprogramowy ruch miał być wykonywany na treningu sztuki walki, ale ponieważ pora tegoż wypadała w tym samym czasie co kąpiel naszego hrabiego, postanowiliśmy troszkę poprzestawiać kolejność działań. I tak, zamiast porządku: 17 – karmienie, 20 – kąpiel, 20:30 – kasza i spanko pojawił się następujący: 17 – karmienie, 18:30 – kąpiel, 20:30 kasza i spanko. W teorii nie wygląda to jakoś szczególnie rewolucyjnie, ale w praktyce wyszło koszmarnie.

Pierwszą czynność, jaką zrobił mały wyjęty z wanienki było puszczenie wielkiego siura na siebie, na mnie, na czysty ręcznik oraz w ogóle wszędzie dookoła. Nie jego wina, zawsze o tej porze siedział sobie w pieluszce… Po ogarnięciu sytuacji i walce z rękami i nogami, celem upchnięcia ich w rękawach i nogawkach, mały dał kolejny popis, rzygnąwszy sobie na czystą piżamkę. Znowu – wina leżała po naszej stronie, zawsze jest kąpany przed jedzeniem, a nie po. Następnie musiałam małego jakoś przetrzymać choćby do 20, dać kaszę i dopiero położyć spać, on jednak kojarzył czas po kąpieli zupełnie inaczej (zresztą nie dziwię mu się), więc marudził, jękolił, kwękał i oczywiście ślinił wszystko w zasięgu paszczy, a więc również swoje ubranko i śpiworek. Krótko przed kaszą przebrałam go w suche rzeczy, żeby taki zawilgocony nie szedł spać.

Nadeszła w końcu pora kolacji, mały nie wypił całej kaszy, postanowiłam więc włożyć mu czystego pampersa już na noc, ewentualnie dokończyć kaszę i uśpić. Ze świeżą pieluchą mały dostał wigoru, dokończył posiłek i… walnął kupę. Ewenement o tej porze, ale co zrobić… Musiałam kolejny raz rozebrać gościa, umyć tyłek, założyć nowy pampers… Wszystkie te czynności tak go rozbudziły, że o spaniu nie było mowy. Marudził jeszcze, gdy przyszło mężydło, narzekające oczywiście na ból szyi, nóg i w ogóle (sport to zdrowie, jak wiadomo), po czym w końcu usnął. Musiał się naprawdę mocno zmęczyć, bo kiedy mąż wziął go o północy na kleik, który zazwyczaj wypija na śpiąco i bez jednego kwęknięcia, postawił wrzaskiem niezadowolenia na nogi cały dom (czyli mnie). Był wściekły, że ktoś go obudził, kiedy w końcu zaczęło mu się dobrze spać (chłopak ma to na pewno po mnie, też tego nienawidzę) i całym sobą nam przekazał, gdzie ma nas, nasz kleik i nasze mieszanie w jego grafiku.

Niedługo kolejny trening męża i chyba tym razem wezmę kąpiel na siebie, byleby była o odpowiedniej porze. Zobaczymy, jak to wyjdzie, bo mały jakoś woli być kąpany przez tatę, cieszy się wtedy bardzo, piszczy z radości, chlapie kończynami, łapie paluszkami bańki piany i w ogóle jest cały szczęśliwy. Natomiast kiedy zdarzyło się mnie go kąpać, robił buzię w podkówkę i płakał, nie mam pojęcia dlaczego…

„Dzienniki” Iwaszkiewicza

Od paru miesięcy w wolnych chwilach ukulturalniam się lekturą pierwszego tomu Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza. Czytanie dzienników tym, między innymi, różni się od lektury innych gatunków literackich, że z grubsza wiadomo, co będzie dalej. Jeśli wiem, że Iwaszkiewicz dokonał żywota w 1980, to podśmiechuję się z jego lamentów o kończącym się życiu wypisywanych w dzienniku w latach 40.  Myślę sobie – chłopie, nie doszukuj się u siebie jakichś śmiertelnych chorób, przed tobą jeszcze prawie 40 lat męczenia się z sobą i z rodziną 🙂 A propos rodzinki – z perspektywy lat z przymrużeniem oka czyta się narzekania pisarza na żonę: „Dostałem od niej takie dwa listy, że po prostu o niczym innym myśleć nie mogę, złe, głupie i złośliwe, z chęcią dokuczenia, odebrały mi możliwość pracy. Zadziwiające, jak ta kobieta nawet na odległość potrafi zalać sadła za skórę. […] Taka prosta rzecz: prosiłem, żeby Wiesio przyjechał w środę, a potem depeszowałem, żeby mi przywiózł pieniędzy. Oczywiście ani Wiesia, ani pieniędzy, bo jej się coś w tym nie podobało. Pisze mi, że Wiesio musi nosić bułki, a przecież jest u nich troje służby!!”.

Dystans czasu pozwala mi uśmiechać się na takie wpisy, szkoda, że trudno jest wypracować w sobie taki stoicyzm na co dzień, odnośnie bieżących spraw. Wściekam się na rzeczy, które za parę godzin lub dni nie mają kompletnie żadnego znaczenia. Często o tym myślę, czytając te iwaszkiewiczowskie zapiski.

Zabawnie czyta się też takie m.in. wyznania: „Najprzyjemniejszą z całej podróży była Wenecja […], pomimo bardzo nieprzyjemnego nastroju Kongresu PEN Clubów. Mam zresztą w dupie tę instytucję”, kiedy wiadomo, że kilka lat później Iwaszkiewicz będzie pełnił funkcję wiceprezesa PEN Clubu, przez dziesięć lat! Albo czytam: „Wczoraj skończyłem ostatecznie Odbudowę Błędomierza – zdaje się wyszło straszne gówno […]”, a w komentarzu do tej notki znajduje się informacja o nagrodzie otrzymanej za ten utwór.

W 1951 leciał Iwaszkiewicz  szwajcarskim samolotem do Zurychu. Jego spostrzeżenia na ten temat długo jeszcze miały zostać aktualne, przez cały PRL i jeszcze trochę: „Samolot mało co większy od czeskiego, ale zupełnie inaczej urządzony, o wiele wygodniejszy i mający na pokładzie o wiele milszą załogę”. Dalej zachwyca się pisarz „kartonową szklaneczką” rosołu, przyprawami podanymi w „małych torebeczkach” i musztardą „jak tubka olejnej farby do wyciskania”. „Ale najpiękniejsza była serwetka z papieru gęstego i miękkiego jak atłas […]”. Jak długo jeszcze w zapyziałej Polsce o takich luksusach nikt nawet nie śmie zamarzyć!

Niech komentarzem do tej sytuacji będzie jeszcze jeden, jakże wymowny, cytat, dotyczący pobytu w Rzymie: „…oglądamy wystawy. Widzimy piękne nowoczesne kryształy, porcelany, wspaniałe tkaniny, owoce, kwiaty. Poczciwy Stryjkowski ogląda to wszystko z równym co ja zachwytem. W pewnym momencie powiada: >>Czasami tak mi strasznie żal, że w Polsce tego nie ma, ale myślę sobie: oni za to nie mają socjalizmu!<<„.

Ech…