Hop i już – nie dla każdego, czyli fiku miku kontra zastrzyki w brzuch

Odebrałam kilka dni temu paszport małego. Wyprawa do miasta z wózkiem to niezły sprawdzian uczynności dla wrocławian. Muszę powiedzieć, że zdany na piątkę. Ale z drugiej strony szkoda, że taki test muszę przeprowadzać. Nie ma jednak takiej opcji, żebym sama wtargała wózek z małym do tramwaju. Akurat pod urząd jeździ pojazd starego typu, taki z dwoma wielkimi schodami. Gdyby nie pomoc przypadkowych osób, nie byłabym w stanie wsiąść, nie wspomnę o wysiadaniu. Tak jak wspomniałam, ludzie byli bardzo uczynni, sami oferowali pomoc, przeżyłam jednak chwile grozy w drodze powrotnej, kiedy to tramwaj coraz bardziej pustoszał. Dzięki Bogu ostał się jeden pasażer i pomógł mi wyjść, w przeciwnym wypadku pozostawały mi albo nerwowe okrzyki do ludzi stojących na przystanku (jeśliby takowi byli) albo podróż na pętlę i pomoc motorniczego. Już nigdy nie wsiądę do drugiego wagonu, bo nie miałam nawet możliwości zastukać do kierowcy.

Moja przyjaciółka dwa tygodnie temu poddała się zabiegowi in vitro. Jutro robi badanie z krwi na obecność ciąży. Inna moja koleżanka już dwa lata temu przeszła całą tę kosztowną procedurę i dziś cieszy się córeczką. Zawsze przy takich okazjach nachodzi mnie refleksja, jak to jest – w jednym przypadku (np. w moim) wystarczy miłe fiku miku i już, i raczej większość uwagi w tej kwestii poświęca się na niedopuszczenie na powtórkę z rozrywki, a w innym (i to coraz częściej) trzeba stanąć na głowie (wziąć kredyt, przejść badania, robić sobie zastrzyki w brzuch), żeby dać sobie szansę na zajście w ciążę.

Jedni dużo wydają na antykoncepcję, a drudzy na in vitro. Ironia losu.

Nigdy nie zastanawiałam się, co by było, gdybym nie mogła zajść w ciążę, to się po prostu stało. Ci, co mają mniej szczęścia, miewają na ten temat obsesję. To chyba trochę jak z tymi schodami w tramwaju – nikt, kto pokonuje je w dwie sekundy, nie rozmyśla nad ich istnieniem. Hop – i już.

Trochę marne porównanie, wiem, ale coś w tym jest.

Reklamy

Izba przyjęć jak nizej, podejście nr 2 i 3

Godzina 9

Rozmowa z lekarzem:

– Dzień dobry, miałam się dziś zgłosić, dziś mam termin.

– Dzień dobry… Yyyy, no tak, ale, widzi pani – nie mamy miejsc.
– Aha. To co mam robić?
– Dziś ma pani termin?
– Tak.
– No to trzeba by panią przyjąć…
– Też mi się tak wydaje.
– Ale trzeba poczekać, dziś po piętnastej są wypisy, proszę przyjść o szesnastej, będzie pani doktor M., bardzo miła pani, będzie robić przyjęcia na swój oddział, proszę przyjść.
– Aha…
– Ruchy pani czuje?
– Tak.
– No to proszę dziś przyjść po południu. Do widzenia.

Godzina 16

Rozmowa z położną:
– Dzień dobry, tu jest moje skierowanie, doktor z rana kazał mi przyjść o 16, bo mają być przyjęcia.
– Tak? Ja nic nie wiem.
– Hmm, no rano mi powiedział, że o 15 są wypisy i będą miejsca…
– Tak powiedział? No, niezły ten nasz doktor… Proszę poczekać, zapytam, sprawdzę.

Godzina 16:40

Przychodzi lekarz. Rozmowa w progu izby.
– Dzień dobry, ja się miałam zgłosić…
– Dziś?!
– No, doktor z rana powiedział, żeby przyjść, dziś mam termin…
– I co z tego, skurcze są? Termin, termin, ja nie mam miejsc…
– Miała byc pani doktor M., która miała robić przyjęcia na oddział?
– Kto? Pani M. nie ma dyżurów po południu. 
– Ale…
– No, dobrze, niech pani wejdzie, ale ja zaraz muszę wracać na oddział, tam czeka na mnie 100 pacjentek, ja nie mam czasu.
– To może ja też wejdę – wtrącił się mój mąż.
W gabinecie:
– No, ale czego pani oczekuje, co z tego, że termin, proszę pani, do tygodnia po terminie to jest norma, że się czeka.
– Ale ja mam skierowanie na cięcie cesarskie.
– No i co? A jakie wskazania? Okulistyczne? A jakieś zaświadczenie?
– Proszę.
– No, ale tu jest napisane, że "sugeruję cięcie".
– A jak miała pani profesor napisać?
– Że "są wskazania".
– ??? (oboje z mężem świdrujemy lekarza wzrokiem).
– No, ale nikt tu nie będzie oczywiście ryzykował, myślę, że nie będzie problemu… No, ale tak na zimno, to my nie tniemy, trzeba czekać na akcję.
– Panie doktorze, nie przychodziłabym, gdyby doktor z rana nie powiedział, że mam przyjść, że będą wypisy…
– Wypisy, wypisy… Ale myśmy mieli dziś siedem porodów. Gdzie mam panią dać? Na ginekologię? Tam leżą pacjentki nie wiadomo z czym, po co to pani?
– Widzieliśmy dziś dużo pacjentek wychodzących z dziećmi (faktycznie, szły pielgrzymki korytarzem wg schematu – blada matka, za nią ojciec z dzieckiem w foteliku samochodowym w jednej ręce i torbą w drugiej), więc nic się nie zwolniło? – mąż naciska.
– Co się zwolniło, to się zapełniło, ta pani, co tam czeka, jest ostatnią dziś przyjmowaną pacjentką.
– To co mam robic? Czekać ile dni po terminie?
– Czekać na akcję, skurcze…
– Dobrze, a jak nie będzie akcji?
– To do siedmiu dni. Ja mogę panią przebadać ewentualnie, KTG zrobić, USG…
– Dobrze, bardzo proszę.
Doktor w trakcie rozmowy trochę mięknie.
– No, moze kolega źle rano powiedział… No, może myślał, że będą miejsca… A przed cięciem to trzeba by panią przebadać…
– Panie doktorze, proszę tylko sprawdzić, że jest w porządku i ok, będę czekać w domu na akcję.
Po półgodzinie mam zrobione KTG, USG i nawet badanie ginekologiczne, bo nagle doktor się zaangażował i stwierdził, że może mimo braku skurczów mam rozszerzoną szyjkę i wtedy musiałby mnie przyjąć. Wszystkie badania wychodzą dobrze i wskazują, że jednak na razie mały nie szykuje się do wychodzenia. Podczas KTG znowu leżę za parawanem, a przyjmowana jest inna pacjentka.
– Który tydzień?
– Ósmy.
– Która ciąża?
– Druga. 
– Pierwsza zakończyła się tak samo?
– Tak.
– No, do trzech razy sztuka… Pani Jolu, pani przyjmie panią na ginekologię, kartę wypisać proszę.
– Dobrze, mnie już dziś wszystko jedno, jak mi doktor kaze faceta przyjąć, to też przyjmę – pani Jola wzdycha. Fakt, że była i rano, i teraz – o 17.
Mnie też doktor każe założyć kartę. Wpina tam badania, które mi zrobił. I nagle zmienia front.
– W poniedziałek otwierają Chałubińskiego, tłok się rozładuje trochę, we wtorek już na pewno będzie lepiej z miejscami, to proszę przyjść.
Głupieję:
– To kiedy w końcu mam przyjść? W poniedziałek, wtorek czy po siedmiu dniach?
– W poniedziałek.
– Ale znowu będzie inny lekarz i mnie pogoni…
– Proszę przyjść o 7:30, żeby była pani pierwsza. Wpiszę panią w zeszyt. Mogę też wpisać na skierowaniu.
(Wow, co za postęp – myślę).
– Może być też tak, że złapie panią dziś w nocy i wtedy ja panią przyjmę.
– No, może być… A jak nie, to mam przyjść w poniedziałek rano, tak?
– Tak, 7:30.
– Do widzenia.
– Do widzenia.
 

Izba przyjęć ginekologii i położnictwa

Mój lekarz prowadzący powiedział, żeby nie czekać na wyliczony termin porodu (ten konkretny dzień), tylko po prostu zgłosić się ze skierowaniem do szpitala w czterdziestym tygodniu. No i tak zrobiliśmy. Byliśmy w szpitalu około 9, ale na drzwiach izby przyjęć ginekologii i położnictwa była kartka, że ze skierowaniami przyjmują od 11. Odczekałam chwilę, aż ktoś będzie stamtąd wychodził, włożyłam głowę i mówię, że mam skierowanie i czy mam czekać?

– A gdzie to skierowanie? 
– No, już moment, mam w torebce…
– No to czego pani nie dała?!
Hmmm…
Po jakimś czasie wzywa mnie lekarz do środka. 
– Nie mamy miejsc. Może pani spróbować na Brochowie, tam dziś są jeszcze miejsca. Poza tym… a, okulistyczne, teraz dopiero doczytałem… z pani wskazaniem do cięcia to się czeka na akcję.
– To co mam robić?
– Może pani pojechac na Brochów [rozumiem, że tam nie czekają na akcję??] albo czekać w domu, aż się pojawią skurcze, krwawienia, wody, to wtedy przyjechać [i wtedy będą miejsca???].
– A ile mam tak czekać?
– No, do terminu. Bo przeterminowane to też niedobrze. To do widzenia.
– A może ktoś mnie chociaż zbada? Sprawdzi czy jest w porządku?
– Zbada? No dobrze, możemy sprawdzić tętno, proszę poczekać na korytarzu.
Czekam, wzywają. Kładę się na leżance, podłączają KTG. Leżę za parawanem. W pokoju dwie pielęgniary dyskutują o kolonoskopii.
– Ja to miałam cztery, za pierwszym razem znaleźli torbiel, a za drugim nic…
– Za drugim nic?
– No, nic. Więc zlecili trzeci raz, wykryli wtedy polipy.
– Polipy?
– No, trzydzieści polipów. A potem jeszcze za czwartym razem było już pięćdziesiąt.
– O!
Dzwoni telefon. 
– Jezu, ten dzwonek jest straszny, trzeba go zmienić [sygnał faktycznie świdruje w uszach].
Pielęgniara odbiera, gada, odkłada słuchawkę.
– Ty, ale numer, dzwonili z Brochowa, żeby im nie podsyłać pacjentek, bo oni miejsc już nie mają!
– O, proszę.
– No. A my co mamy robić? Co sobie myślą, że jak Dyrekcyjna była z gumy, to tu też tak będzie? Na Dyrekcyjnej mi rano ordynator mówił, że nawet szpilki się nie wciśnie i nikogo nie przyjmować! A potem nagle przyjmowali trzydzieści pacjentek.
Wchodzi ktoś z korytarza. Jakaś dziewczyna na ginekologię.
– Dobrze, proszę sobie siąść na korytarzu, przyjdzie sanitariusz, to panią zaprowadzi.
Dzwoni telefon.
– Z informacji pani dzwoni? Moment – pielegniara oddaje słuchawkę drugiej pielęgniarze – Dzwoni babka z naszej informacji [oddalonej od izby przyjęć jakieś 100m], da do słuchawki pacjentkę.
– No, słucham. Tak, izba. Krwawi pani od rana? No, a skierowanie do szpitala jest? Nie, no jak nie ma, to nie przyjmujemy. No jak gdzie, do poradni niech pani idzie. Nie, bez skierowania tu nie przyjmiemy, my tylko ze skierowaniem. No.
Odkłada słuchawkę.
– Mówi, że krwawi. A była ostatnio taka, co mówiła, że od 50 dni krwawi. Przyszedł lekarz, to już było 40 dni. A pewnie było i mniej, tylko się przebadać za darmo u nas chciała…
– A co ty, wysłałaś tamtą do poradni?
– No, do naszej tutaj, przecież to obok.
– A wiesz, jakie tam terminy są?
– No, to niech idzie gdzie indziej. Skierowania nie miała.
Wchodzi pacjentka.
– Ja w 39. tygodniu.
– No, ale nie ma miejsc. Na Brochowie…
– Właśnie wracam z Brochowa, odesłali mnie tu…
Gadają, wychodzi.
Wchodzi sanitariusz.
– No, Heniu, gdzie ty się podziewasz, tam pani na korytarzu czeka, żeby ją zaprowadzić na ginkę.
– To niech czeka, jeszcze sie zdąży należeć. Niech się cieszy, że ją przyjęli. A wam ten sygnał miałem naprawić.
– A, no!
Wchodzi lekarz, podchodzi do mnie za parawan, przez sekundę patrzy na wydruk.
– No, panią tu już odpiąć można!
Wychodzi. Pielęgniara rzuca mi na brzuch kawałek papieru, wyrywa wydruk z maszyny, podaje mi ze skierowaniem bez słowa, wraca do biurka. Ledwo wstaję z wysokiej leżanki, wycieram się. Mokry papier trzymam w dłoni. 
– Jest tu jakiś kosz? – rozglądam się. Pielęgniary gadaja. – Przepraszam, czy tu jakis kosz jest? – macham papierem.
– No, jest, tu – wskazują mi, muszę im wejść za biurko. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wychodzę na korytarz.

TORBA

Każda babeczka oczekująca na dziecko na pewno w którymś
momencie usłyszy: a spakowałaś już TORBĘ? I lepiej niech odpowie twierdząco!

Im bliżej terminu, tym częściej będzie się pojawiała w
rozmowach owa TORBA – spakowana to potwierdzenie twojego przygotowania do
porodu i pobytu w szpitalu oraz wyrażenie twojej dojrzałości i poważnego
podejścia do czekajacego cię zadania…

Ja się spakowałam jakieś półtora miesiąca przed terminem, a
raczej próbowałam wcisnąć wszystkie rzeczy z listy do torby, która wydała mi
się najodpowiedniejsza. Okazało się jednak, że wybrałam za mały egzemplarz.
Wzięłam większy – i pod koniec musiałam poszerzać go najpierw z jednej, potem z
drugiej strony przez rozpinanie takich specjanych zamków. Nie znaczy to, że
spakowałam pięć par butów, wałki do włosów i zestaw do pedikiuru, nic z tych
rzeczy. Ja tylko leciałam wg listy znalezionej w internecie: 3 koszule nocne,
szlafrok, kapcie, klapki pod prysznic, ręczniki, podkłady poporodowe, mega
podpaski itd… No i jeszcze dla dziecka – napisali, że trzeba mieć ze sobą
paczkę pieluszek, 4 komplety ubranek, kocyk, ręcznik, chusteczki nawilżane… I
tak paczka tego, paczka tego – torba wypchana po brzegi, w dodatku niemożliwe
do zapięcia.

Potem doczytałam jeszcze, że w szpitalu trzeba mieć swój
kubek i sztućce oraz papier toaletowy, a także, że najhigieniczniej wycierać
strategiczne miejsca (czytaj: krocze) nie ręcznikiem zwykłym, a papierowym i
wpadłam w popłoch – czy mam się spakować w torbę z Ikei, żeby to wszystko
pomieścić???

W międzyczasie spotkałam się ze swoją koleżanką, majacą
rewelacje szpitalno-porodowe już za sobą i usłyszałam od niej, jak to
przenosili ją z miejsca na miejsce (a to trzeba było zwolnić łóżko, a to
przenieść się do innej sali) i musiała targać tę swoją TORBĘ, bo pielęgniarka
orzekła, że niczyim tragarzem nie jest… Czyż nie miała racji? Ależ miała! Czy
szpital nam zapewnia papier toaletowy, podpaski i pieluszki? Ależ nie!

Zabrałam się do kolejnego przepakowywania. Uzgodniłam z
mężydłem, że rzeczy dla dziecka doniesie mi, jak już to dziecko będzie. I
mogłam torbę skrócić z jednej strony. Po rozmowie z położną z Borowskiej
wyjęłam obydwie paczki mega podpasek, bo szpital daje ligninę… I mogłam
skrócić torbę z drugiej strony. Po rozmowie z siostrą dowiedziałam się, że owszem,
ona ligninę dostała, ale z przykazaniem, że ma oszczędzać, bo to przydział na
cały pobyt. Jedna paczka podpasek wróciła więc do torby, która znowu urosła z
jednej strony…

Przepakowywałam ją jeszcze kilka razy, a to coś wyjmowałam,
a to wkładałam z powrotem, potem znowu spanikowana sprawdzałam, czy aby na
pewno wszystkie ważne rzeczy są, bo może w przypływie lekkomyślności wyjęłam
coś ważnego… A to człowiek chce czuć się bezpiecznie i niezależny od czyjegoś
widzimisię, a to znowu myśli, że przecież na bezludną wyspę nie jedzie…
Zwariować można. Dodatkowo, jak się ma świadomość, że być może będą nas
odsyłali z braku miejsc od szpitala do szpitala, a każda placówka ma inne
preferencje co do zawartości torby pacjentki, to poziom stresu wzrasta błyskawicznie,
a TORBA staje się problemem budzącym największe dylematy od czasu podejmowania
decyzji, kogo zaprosić na wesele… 

 Po tych wszystkich gimnastykach z TORBĄ, kiedy w końcu dałam
już jej spokój, uspakajając siebie, że jakby co, to mężydło dowiezie, czystą
rozrywką było zapoznawanie się z listą pt. "Co zabrać do szpitala"
zawartą w jednym z poradników ciążowych (amerykańskiego pochodzenia). Oto jej
wybrane punkty umieszczone na czołowych pozycjach(sic!); (w nawiasach komenarze
moje):

 

  • plan porodu w kilku kopiach, by personel znał twoje oczekiwania (już widzę minę rzeczonego personelu…)
  • radio lub magnetofon z ulubionymi nagraniami z relaksującą muzyką do słuchania podczas karmienia (jak wyżej)
  • aparat fotograficzny i kamerę wideo (kamera zwłaszcza się przyda… zmęczona położnica z tłustymi włosami plus wrzeszczący dzieciak – oto godny obrazek do utrwalenia)
  • kanapki dla tatusia, aby nie musiał cię opuszczać, gdy zgłodnieje (nie ma litości dla tatusiów!)
  • butelka szampana dla uczczenia wydarzenia – możesz poprosić położną o przechowanie jej w lodówce (hehehehe)
  • podpaski ulubionej firmy (firma faktycznie ma tu znaczenie…)
I tak dalej w tym tonie… Jeszcze coś wspominają, że pieluszki dla dziecka zapewnia szpital i tego typu androny. Nie czepiałabym się, jeśli w książce nie byłoby informacji, że została ona dostosowana do warunków polskich…

W najbliższych dniach wybieramy się do szpitala, bo to już czterdziesty tydzień. Patrzę teraz na tę moją torbę i jak pomyślę, że będę poza domem około tygodnia, to mam ochotę co chwila coś do niej dopakować…

 

Hard core w szkole rodzenia :)

Jeśli trafiliście kiedyś w jakimkolwiek filmie komediowym na wątek szkoły rodzenia, to na pewno był on związany z oglądaniem mega szczegółowego filmu z porodu 🙂 Otóż, takie rzeczy dzieją się naprawdę 🙂 To znaczy, po pierwsze – prawdziwe są odpychające estetycznie porody, po drugie – pokazywanie ich przyszłym rodzicom na zajęciach.

Ostatnio uczestniczyłam w takim seansie. Wiedziałam, że idę na spotkanie o porodzie, ale myślałam, że jak zwykle będzie to gadanie położnej. Co ciekawe, miałam sobie w ogóle odpuścić ten temat, ponieważ mnie nie dotyczy, ale jako że mężydło wspaniałomyślnie stwierdziło – idź, co będziesz siedzieć w domu – to sobie zafundowałam taką rozrywkę 🙂
Wchodzę do sali, a tu przyciemnione światła i wielkie cyce na ścianie – była to pierwsza klatka filmu, puszczona z projektora. No i po chwili się zaczęło… Film był z wczesnych lat osiemdziesiątych i pierwsze, co rzucało się w oczy to fakt, że nikt sobie nie zawracał wtedy głowy depilacją czy goleniem dolnych partii ciała. Zresztą górne również były niczego sobie – panów charakteryzował bujny wąs, a panie – brwi a’la Breżniew. No, ale nie na pornosa żeśmy tam przyszli, więc – oglądamy dalej. 
Pań rodzących było pokazanych kilka, w różnych stadiach porodu i w różnych pozycjach. Pokazano pojawiającą się między nogami główkę (a wczesniej rozwarcie na 10 cm, umożliwiwające poród), cieknące wody płodowe, urodzone łożysko, wyglądające jak niedosmażony bulwiasty stek… Dziewczyny na sali radziły sobie nieźle, ale ich partnerzy protestowali, kiedy położna w niektórych momentach zatrzymywała wyświetlanie celem dodania komentarza…
A teraz mój komentarz, jaki przede wszystkim mi się nasunął podczas projekcji. Film był produkcji niemieckiej i, jak już wspomniałam, nakręcony był jakieś trzydzieści lat temu. Mniej więcej wtedy ja przychodziłam na świat i wiem z opowiadań mamy, jak to wówczas wyglądało w Polsce. Pokazane kobiety rodzą nie w szpitalu, a w tzw. domu porodowym. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, a gdy poszperałam w necie, znalazłam tylko jedno takie miejsce w naszym kraju. 
Na filmie widać, że rodzące mają pełny wybór pozycji (siedzą, leżą, klęczą), w zależności od tego, w jakiej jest im łatwiej wytrzymać w miarę bez bólu. Są drabinki i liny, na których można się wesprzeć (ponoć przynosi to dużą ulgę), duże piłki łagodzące skurcze, szerokie materace, na których można odpocząć między skurczami etc.
Oczywiście we wszystkim asystuje mąż (czy partner, obojętnie) oraz położna. 

Poród może trwać kilkanaście godzin.

Kiedy ja się rodziłam, mój tato mógł jedynie sterczeć pod oknem szpitala i machać ręką do mamy, wyglądajacej przez okno. Żeby przyspieszyć przeciagajacy się poród, zalecano bieganie po schodach. Samo rodzenie – tylko na leżąco, chociaż to najtrudniesza pozycja (ale najwygodniejsza dla… położnej). Po porodzie dziecko zabierano na wspólną salę noworodkową. Butelka i mleko w proszku na porządku dziennym. Kładzenie dziecka matce na ciele? Karmienie piersią? Fanaberie!

W tej chwili sporo się zmieniło. Są porody rodzinne, jest rooming, jest ciśnienie, żeby niemowlę karmić naturalnie (mniejsza o powody, czemu tak naprawdę doszło do tych zmian). Jeszcze tylko to nieszczęsne leżenie na łóżku porodowym. Bo upewniłam się u położnej po projekcji, jak to jest z pozycjami rodzenia u nas. Otóż, leży się i tyle.

Ale myślę, że za jakieś trzydzieści lat…

Przygotowania

Rzeczy ważnych i bardzo ważnych do przygotowania ma przyszła matka bardzo wiele. Cokolwiek się kupi lub dostanie, w większości trzeba wyprać (w specjalnym proszku!) lub wymyć; ubranka, kocyki, rożki, pościel, ochraniacze na łóżeczko etc. dodatkowo trzeba przeprasować. Bardzo lubię lato, ale muszę przyznać, że prasowanie na maksymalnej temperaturze w trzydziestostopniowym upale to spore wyzwanie… Odkryłam nawet prasowanie na siedząco, całe szczęście już jakiś rok temu zakupiłam porządną deskę, którą można obniżyć do dowolnego poziomu (mogę prasować nawet leżąc, hihi…). 

Ubrania ważna rzecz, ale jeść też trzeba. Jako przyszła matka karmiąca przygotowałam sobie porcje obiadowe spełniające standardy żywienia wyznaczone dla karmicielek właśnie. Duszona pierś z indyka z marchewką, duszona pierś z kurczaka z marchewką, pulpety… takie tam smakołyki prawie bez soli, mniam… Pomroziłam sobie to wszystko modląc się równocześnie, że będę mieć tolerancyjne dziecko, które pozwoli mi jednak na bardziej zróżnicowane pokarmy. Upiekłam sobie nawet szynkę, żeby była do kanapek zamiast wędliny ze sklepu, ale zdaję sobie doskonale sprawę, że na dłuższą metę tak się nie da. A raczej – da się, ale będzie bardzo trudno. Proszę Cię, synku, pozwól mamie na schabowego, na serek żółty, na kiełbaskę, na czekoladkę i na coś więcej z owoców niż banan…
Podobno w Polsce mamy bardzo restrykcyjne podejście do diety matki karmiącej i do opieki nad niemowlakiem w ogóle. Trafiłam na wypowiedzi Polek mieszkających w Wielkiej Brytanii, gdzie na pytania o ograniczenia w żywieniu podczas karmienia tamtejsze położne wytrzeszczały oczy. Rozmawiałam też z koleżanką, która pół roku temu urodziła w Niemczech. Położna kazała jej jeść wszystko, łącznie z wyklętymi u nas cytrusami. Bobas chowa się zdrowo wyłącznie na cycu i nie zgłasza żadnych zastrzeżeń do diety mamy.
Zastanawiam się, kto ma rację. Absolutny zakaz obejmujący pomarańcze czy truskawki czy w ogóle owoce pestkowe (to określenie wkurza mnie za każdym razem, gdy na nie trafiam, bo wg mnie każdy owoc ma pestkę…) mnie wydaje się zbyt restrykcyjny. Z drugiej strony widzieć swoje dziecko w jakichś alergicznych czerwonych plamach, wydzierajace się wniebogłosy z pewnością budzi w matce ogromne poczucie winy i lęk o zdrowie bobasa…

Lęki laktacyjne i nie tylko

Zakończyliśmy już zajęcia w prywatnej szkole rodzenia, ja chodzę jeszcze na darmowe, do przychodni. Generalnie obie położne prowadzące mówiły jednym głosem, jakiegoś wielkiego mętliku nam w głowie na szczęście nie zrobiły skrajnie różnymi teoriami. Na plus szkole prywatnej podam warunki zajęć: cztery pary, czyli lepszy kontakt z prowadzącą; do tego kawka, woda mineralna, broszurki, instruktażowe płyty CD, próbki kosmetyków. W szkole bezpłatnej jest dość tłoczno – kilkanaście par i brak wygód. Ale za to położna poświęca nam więcej czasu, niekiedy aż za dużo (przeciąga zajęcia przez mówienie oczywistości). Dla prywatnej czas to pieniądz, zapłaciliśmy za 1,5 ha zajęć i do widzenia, przychodzą kolejni zainteresowani, nie ma czasu na dywagacje.


Oprócz wiadomości wyniesionych z zajęć, douczam się z książek i pism typu "Twoje Dziecko" i, niestety, przyniosło to efekt odwrotny do zamierzonego. Moja głowa wypełniła się po brzegi wątpliwościami i zaczęłam panikować; to było to samo uczucie, jakie miałam przed sesją na studiach – nagle wydaje mi się, ze jedyne, co wiem, to to, że nic nie wiem i nie jestem sobie w stanie przypomnieć nawet tego, kto to powiedział… 😉 
Stres przedegzaminacyjny do tej pory pojawia się w moich najgorszych snach – mam mieć egzamin za parę dni, a nie wiem z czego, nie mam żadnych notatek, a wiem, że przez ostatnie miesiące się nie uczyłam i po prostu nie podołam… Przez to okropne panikowanie zakończyłam studia na tytule magistra, uciekając z murów uczelni jak najdalej. 
Niestety, teraz czuję się też jak przed egzaminem, ba – jak przed wielką sesją, w której stawką jest zdrowie i życie bezbronnego człowieka. Chwilami tracę wszelki dystatns, a moja głowa  pęka od nadmiaru pytań i wątpliwości: czy będę umiała karmić, czy w ogóle będę miała pokarm, a jak nie, to czy będę umiała te wszystkie mieszanki dobrze podać, nie mam przecież żadnych butelek; mogę zostać zignorowana w szpitalu – będzie natłok rodzących, zniecierpliwione położne, nikt sparaliżowanej znieczuleniem babie nie poda dziecka z braku czasu, pielęgiary dokarmią je butelką i potem ono nie chwyci dobrze piersi i skrzywdzę swoje dziecko, nie dając mu tego, czego najbardziej potrzebuje – mojego pokarmu. 

Nie wiem, czy kupować na zapas laktator i tę specjalną butelkę odwzorowującą pierś – Calmę. Czy nie będę musiała męża gonić o północy po aptekach, żeby ten sprzęt kupił, bo inaczej stracę laktację. Z drugiej strony położna ze szkoły rodzenia przestrzegała przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy na laktatory, bo często można się bez nich obejść. Można też przesadzić z odciąganiem. I bądź tu mądry.

Oto moje lęki laktacyjne spowodowane czytaniem dziesiątek broszurek o niepowtarzalności i wyjątkowości mleka matki. Jedna z nich nazywa karmienie piersią "wyrazem najgłębszej matczynej miłości" – czy można bardziej zdołować przyszłą matkę, która NIE WIE, czy uda się jej karmić swoje dziecko piersią??! Przecież od takiego stwierdzenia najprostsza droga do konkluzji – nie karmisz piersią=nie kochasz swojego bobasa, krzywdzisz go sztucznym żarciem i narażasz na setki chorób z nagłą śmiercią łóżeczkową włącznie.

Z laktacją wiąże się kolejny problem – dieta matki karmiącej. Co jeść, żeby dziecku nie zaszkodzić. Kiedy czytam porady typu: jeść wszystko, oprócz – i tu leci długaśna lista produktów – to słabo mi się robi. Po przeczytaniu takiego artykułu nadal nie wiem, co do paszczy będę mogła włożyć i przeżuć. Słynny gotowany kurczak z marchewką jedzony dzień w dzień wykończy i matkę, i dziecko. Przepisy na przykładowe obiady dla karmiacych bywają tak wymyślne, że nawet teraz ręce mi opadają, a co dopiero będzie w połogu, z bolesną raną na brzuchu, z wrzeszczącym dzieckiem na ręku i mega podpaską między nogami na – za przeproszeniem – odchody popołogowe.

Aha, po porodzie jest zakaz stresowania się, bo można stracić pokarm – to dopiero dobre. Pokażcie mi zrelaksowaną matkę z trzydniowym noworodkiem na ręku. Ech…

Laktacja to oczywiście jedno z setek zagadnień, które krążą mi po głowie, budząc lęk i stres. Kolejne to:
– alergie (i zgaduj-zgadula na co),
– kalendarz szczepień (obowiązkowych i dodatkowych; przegapisz termin i dzieciaka już się nie da zaszczepić),
– odpowiednio ustawione bioderka (można dziecko zaniedbać i będzie skrzywione na całe życie),
– ubieranie dziecka stosownie do pogody w prawidłowo wyprane i wyprasowane ubranka (to osobny rozdział…),
– gorączka, wymioty, biegunka w środku nocy – lecieć do szpitala czy podać czopek?
– prawidłowa pielęgnacja pępka,
– odparzenia, pleśniawki, potówki, kolki…

Do tego wszystkiego dochodzi gadanie najbliższych: "Tobie to dobrze, nie musisz pracować". Doprowadza mnie to do szału. Kto tak mówi, nie rozumie, jak czuje się człowiek, który nagle po 10 latach pracy rano budzi się i czuje pustkę. Nie motywuje go płynący czas – wszak na żadną godzinę się z nikim nie umawiał; nie motywują go ludzie, liczący na jego doświadczenie i kompetencje. Taki człowiek snuje się po mieszkaniu i jeśli nie zorganizuje sobie odpowiednio czasu, przez cały dzień nie zrobi nic znaczącego, a wieczorem wpadnie w panikę, że dzień przeleciał przez palce i będzie chciał nadrobić: o 23 umyć gary i podłogę równocześnie, do tego poprać i poprasować… Koszmar. Rano znowu wstanie i nie będzie się z niczym spieszyć, bo po co, skoro cały dzień przed nim…
Nigdy nie mówcie człowiekowi, który jest przymusowo bez pracy, że mu dobrze, bo nie musi rano lecieć na autobus i wysłuchiwać uwag szefa. 
Parafrazując Grabaża z "Moralnego salta":
"Nie fajnie mu z tym

Nie pytaj czy mu fajnie"