Szkolak

W to pewnie trudno uwierzyć większości rodziców, ale mały za parę miesięcy zakończy swoją karierę w przedszkolu i stanie się, wedle jego własnych słów, szkolakiem! Bo już nie przedszkolakiem przecież. Logika języka dziecięcego kolejny raz mnie zaskakuje.

Byłam na drzwiach otwartych szkoły, gdzie mały będzie chodził. Po pierwsze i najważniejsze – to szkoła położona najbliżej, w naszym rejonie (a z rejonami były już niezłe jaja, na dniach otwartych była jedna mama, która specjalnie kupiła mieszkanie tu u nas, żeby być w rejonie tej szkoły. A tu niespodzianka! Zmienili obszary rejonów, bo przecież gimnazja zamieniają się w podstawówki i jest piękne zamieszanie dzięki naszemu kochanemu rządowi. No i choć jej mieszkanie jest blisko, to zostało wsiorbane w rejon innej szkoły. Ha!

My mieszkamy tak blisko, że nie wiem, co by musieli wymyślić, żeby nas wysiudać. Są rodzice, którzy się rozglądają za „lepszą” szkołą, z „lepszą” kadrą itp. Piszę w cudzysłowiach, bo skąd kto wie, na jakiego to „lepszego” nauczyciela trafi dziecko i będzie z nim musiało współpracować przez 3 lata? A potem? A skąd to wiadomo, co będzie za 3 lata i gdzie wtedy będą ci „lepsi”? Jednym słowem, mam to w nosie. Nie mam natomiast w nosie faktu odprowadzania dziecka w tę i we w tę. Jeśli mam wybór między dziesięcioma minutami przez osiedle na piechotkę a półgodziną spędzoną w aucie w korku, to wybór jest naprawdę prosty.

Bliskość placówki nie oznacza niestety jakiegoś wypasionego wysypiania się, już nam zapowiedziano z dumą, że wszystkie klasy pierwsze będą miały na pierwszą zmianę, a oznacza to początek lekcji o 7:30. Nie będzie łatwo… Ale na pewno łatwiej niż dojeżdżanie gdziekolwiek, nie daj Boże, też na tę masakryczną godzinę.

Duże znaczenie ma też fakt, że ta szkoła należy do zespołu szkolno-przedszkolnego, który mały zna, tu chodzi do przedszkola od 3 lat. Od razu było widać, które dzieciaki są stąd – biegały, krzyczały, dokazywały, kręciły się na obrotowych krzesłach w gabinecie psychologa itp., a które są, ze tak powiem, nowe. Od razu przypomniałam sobie samą siebie sprzed wielu lat. Nie chodziłam do przedszkola, edukację zaczęłam od zerówki. To był dla mnie duży szok, najchętniej schowałabym się za mamę i tak została. Tak właśnie te dzieci się zachowywały, trzymały rodziców kurczowo za rękę, nic nie chciały oglądać, a w ogóle to szkoła była dla nich głupia (jak usłyszałam). Współczuję. Moje dziecko, wcale nie jakiś przebojowiec, w ogóle się nie stresowało, niektóre sale znało z odwiedzin z przedszkola, kolegów miało przy sobie, nic tylko szaleć.

Muszę się tu przyznać, że na samym  początku tych drzwi otwartych wyszłam na matkę roku, bo myślałam, że to będą głównie informacje dla rodziców, więc zaprowadziłam małego do przedszkola i zjawiłam się w szkole, gdzie stała już grupka znanych mi rodziców ze… swoimi dziećmi… „No jak, przecież to głównie dla nich te drzwi otwarte” – usłyszałam. No to pognałam z powrotem do przedszkola i wzięłam zaskoczonego małego ze sobą…

 

 

Ni z tego, ni z owego – szpital

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 😯 . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

Rumień i smog

Zgłoszono przypadki rumienia zakaźnego – taka informacja pojawiła się u małego w przedszkolu. Zamieszczono też plastyczny opis objawów, że dziecko wygląda, jakby mu wymierzono „dwa siarczyste policzki”, a na kończynach wysypka układa się „girladowato”, cokolwiek to może oznaczać (że niby się wije na nogach??). Od wywieszenia kartki minęły trzy dni i mały dostał czerwonych polików. Lekarka stwierdziła, że to co syn ma na twarzy nie wygląda jak typowy rumień, ale zaraz też dodała, że ta choroba ma to do siebie, że często przebiega nietypowo… Tak czy siak mały musi siedzieć w domu, a my – ja i mężydło na zmianę – razem z nim. A lekarka chyba w złą chwilę wspomniała o nietypowych objawach, bo chociaż zazwyczaj są to: stan podgorączkowy i ból gardła jak przy przeziębieniu, u nas nic takiego nie wystąpiło, w zamian za to była sraczka (rozwolnienie znaczy…) i wymioty w nocy. Dlaczego wymioty ZAWSZE pojawiają się w nocy, kiedy to dom cichnie i człowiek zadowolony, że wszystko z dzieckiem OK, kładzie się do wyrka? Mały wymiotował w swoim życiu kilka razy i zawsze była to pora jakoś tak po północy. Super. Tym razem zdążyłam z miską, chociaż mały sprawy mi nie ułatwił; zamiast powiedzieć, że mu niedobrze, stwierdził, że… boli go szyja. Hmm…

Mieliśmy tu we Wrocławiu ostatnio kiepskie powietrze, o czym dowiedziałam się z tablicy na przystanku i poczułam się… bardzo źle…

Ale pogoda była za to naprawdę wiosennie przyjemna, toteż po południu, gdy odbierałam małego z przedszkola, spytałam, czy byli na dworze. Och, co za głupia nieświadoma matka! Mamy wszak XXI wiek i gdy na przystanku jest komunikat o złym stanie powietrza, wiadomym jest, że wtedy dzieci siedzą w przedszkolu w czterech ścianach, bo przedszkolanki mają zakaz od władz miasta na ich wyprowadzanie. Poczułam się przez chwilę jak w jakiejś Hieroszimie, kiedy pani pokazała mi na przedszkolnym korytarzu wywieszkę:

Po prostu super, dziękuję Wam wszystkim, palącym w piecach paletami, workami i innymi śmieciami, dzięki Wam moje dziecko nie przeziębi się nieupilnowane przez panią przedszkolankę na dworze, bo na ten dwór po prostu nie wyjdzie. Za to złapie wirusa rumienia zakaźnego, mającego się świetnie w niewietrzonych salach.  😐

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

Czas leci

Już wiosna! Którą niestety witamy choroba… Trzęsłam się ostatnio nad małym, gdy byliśmy na dworze, bo wiadomo – pierwsze słońce, niby gorąco, ale jednak a to zawieje zimny wiatr, a to w cieniu już nie taki upał, więc na przemian go ubierałam i rozbierałam, ale nie udało mi się uniknąć zaziębienia. Dostał gorączki, smarka. NIENAWIDZĘ TEGO KOMBINOWANIA, KTO IDZIE DO PRACY, A KTO MA NIEFAJNĄ ROZMOWĘ Z SZEFEM, TEGO UCZUCIA, ŻE POWINNAM SIĘ ROZDWOIĆ I RÓWNOCZEŚNIE BYĆ W DOMU Z CHORYM DZIECKIEM ORAZ W PRACY, BO TAM TEŻ JESTEM POTRZEBNA. Nie cierpię odwoływać tego, co już ustalone, a więc nagle zgłaszać szefowej, że z planów nici, bo idę na L4. ZNOWU!!! Żeby to jeszcze było raz na pół roku… Sama jestem od tego kombinowania chora, bo obowiązkowość mam we krwi.

Fakt, że od operacji jest lepiej. Ale jednak już zaliczyliśmy jedną anginę, jedną infekcję ze sztywną szyją (sic! Mały nie ruszał w ogóle głową przez 3 dni), no i teraz to nie wiadomo co (jutro lekarz powie chyba).

Żeby nie było, że tylko samo zło nas spotyka – udało mi się w ostatnim czasie w końcu zrobić dwie rzeczy, o których myślałam już od bardzo dawna (że trzeba je zrobić). Nie robię nigdy postanowień noworocznych, ale miałam po prostu od długiego czasu w tyle głowy dwie sprawy: zapisać się na jakieś ćwiczenia i zapisać małego na lekcje pływania. No i chodzę raz w tygodniu a to na jogę, a to na streching – różne zajęcia, zależy po prostu który wieczór mam wolny i wtedy idę. Nie chce mi się wychodzić z domu, fakt. obce miejsce, obcy ludzie. Musiałam się przełamać. Ale już w trakcie ćwiczeń cieszę się, że robię coś dla siebie. Mało takich rzeczy jest. Bo sprzątam dla wszystkich, zakupy robię dla wszystkich, pamiętając, co kto lubi i obiad gotuję dla naszej trójki przecież, więc rzadko jest to, co tylko ja lubię.

A pływanie? Super! Najpierw byłam załamana. Naiwnie sądziłam, że na taki kurs można się po prostu zapisać w każdym momencie. Okazało się, że większość basenów ( w tym ten najbliżej nas) ma semestry niczym szkoła: od września do stycznia i od lutego do czerwca. I ja, chcąc się zapisać w marcu byłam jak ktoś, kto chce kupić narty latem albo śliwki wędzone w innym czasie niż bożonarodzeniowy (tak jakby nie można było mieć ochoty na schab z wędzoną śliwką w lutym czy sierpniu…). No, ale poszperałam, podzwoniłam i znalazłam mały basen z wolnym miejscem. Nie tak blisko, jak chciałam, no i kurs już trwał, ale co tam. Powiedzmy, że przymknęłam oko na utrudnienia (co dla mnie samo w sobie było bardzo trudne…).

Z duszą na ramieniu (oboje) poszliśmy. Ja się bałam, bo mały to mały. Przez rok namawiany na rowerek konsekwentnie odmawiał (aż z rowerka wyrósł). Zawieziony zimą w góry na sanki (żeby dziecko miało super fun na śniegu przecież!) przez godzinę nie chciał na tych sankach usiąść, a co dopiero zjechać. To rok temu. W tym roku, gdy byliśmy w górach, wszystkie dzieci piszczały z uciechy na pontonach ciągniętych pod górę przez wyciąg i puszczanych w dół szeroką rynną. Mały zaparł się i koniec. Powiedział, że chce na spacerek, zamiast frajdy w pontonie. O matko i córko! Na wyciąg z podgrzewaną kanapą zawlekliśmy go siłą, dosłownie, ja za jedną rękę, mąż za drugą i hop! Dopiero gdy już siedział i jechał, powiedział, że fajnie. No więc widzicie, że miałam obawy, że lekcję pływania przesiedzi na ławce. Ale urabiałam go przez tydzień, że będzie fajnie (ale ja nie chcę!), że dzieci będą (nie chcę dzieci!), że się popluska (nie chcę pluskać!). Poszłam też w przekupstwo (dam Ci ciastko, bułeczkę, czekoladkę po basenie) oraz w nakazy (masz słuchać pana, tak jak pani w przedszkolu!). Wszystko, żeby tylko uniknąć siary, bo w końcu wcisnęła mnie babka na ten kurs i jeszcze zapewniłam ją, że dziecko lubi wodę. I wiecie co? Udało się! Już na miejscu musiałam tylko obiecać, że nie będziemy suszyć głowy suszarką (widział poprzednią grupę w szatni) i mały po prostu wlazł do wody i bez szemrania i z uśmiechem robił wszystko, co mówił pan instruktor! A po zajęciach płacze. Pytam, o co chodzi, a ten mówi: ja chcę jeszcze pływać!! Mamo, przyjdziemy tu jeszcze?

Jednak matka wie, co dla dziecka dobre, czułam gdzieś głęboko, że basen może chwycić. I miałam ogromną nadzieję, że nie opuścimy żadnej lekcji z powodu choroby. I masz babo placek.

Trochę polityki

Polityką zajmuję się średnio, brzydzą mnie zagrywki polityczne, robienie ludzi w balona, byle tylko dorwać się bliżej koryta. Obiecanki, cacanki, macanki.

Co nie znaczy, że mnie nie obchodzi, jaka opcja polityczna jest prezentowana przez tzw. władzę. Jestem od lat za PO. Nie znoszę pisowców, ich konserwatywnego, kwadratowego podejścia do ludzkich spraw. W związku z powyższym bardzo chcę, by obecne wybory wygrał Bronisław Komorowski.

Oglądałam pierwszą debatę. I szybko zrozumiałam, dlaczego prezydent nie chciał w niej wziąć udziału. To był kabaret. Widowisko urągające stanowisku prezydenckiemu. Było śmieszno i straszno (zwłaszcza, gdy przemawiał Braun – Boże, chroń nas przed takimi ludźmi u władzy i w ogóle wszędzie!). Oglądałam też dzisiejszą debatę. P. Komorowski miło mnie zaskoczył, mówił logicznie, ze swadą, nie było w nim nic z przynudzającego grubawego miśka, a tego trochę się spodziewałam.

Duda, jak dla mnie, ostatecznie się pogrążył pytaniem dotyczącym Jedwabnego, zadał absurdalne pytanie – jak Komorowski mógł w przemówieniu dot. mordu w Jedwabnem stwierdzić, że Polacy dokonali zbrodni, bo jako prezydent powinien chronić dobre imię Polski (sic!).

A prezydent bardzo celnie stwierdził w końcowym przemówieniu – ja nie mam żadnego prezesa nad sobą.

Nic dodać, nic ująć.

PS

A powoływanie się na Jana Pawła II, kiedy się nie wie, jak wybrnąć z trudnego tematu? OMG

Trochę niusów

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku 😀

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…