Co z tym życiem?

Sto lat mnie tu nie było, brak czasu ciągle. Mały był mały – pochłaniał czas. Mały jest większy – również pochłania, tylko inaczej. Oprócz tego praca, dom, wyjazdy, Netflix…

Byliśmy ostatnio – tak się złożyło – i w Zakopanem, i nad Bałtykiem. Pogoda była podobna, haha 🙂 Nawet podróż zajęła tyle samo czasu, choć kilometrowo różnica jest spora. Mały bardzo dobrze zniósł siedzenie w aucie 5-6 godzin. Było oczywiście trochę jęczenia z cyklu „daleko jeszcze???”, „długo jeszcze??”, ale generalnie było spoko.

Syn piechurem nie jest, więc w Zakopcu niewiele łaziliśmy, a już po górach to tyle co nic. Ot, wjazd na Gubałówkę, tam spacerkiem do najbliższego wyciągu i zjazd. Może jak będzie starszy? Napalił się bardzo, jeszcze w domu, na zjeżdżalnię grawitacyjną na Gubałówce, było to głównym tematem przez 3 dni przed wyjazdem i właściwie wg małego jechaliśmy na tę zjeżdżalnię, a nie ogólnie w góry do Zakopanego. A najlepsze było po zakupie karnetu (bo przecież będzie zjeżdżał i zjeżdżał!) i po pierwszym zjeździe. Że fajnie, ale on już nie chce.

Aha, od razu mi w głowie mignęło – ciekawe, czy tak byłoby z bratem, którego rzekomo chciałby mieć. Po jednym dniu z płaczącym noworodkiem jest to bardzo prawdopodobne; pewnie kazałby mi go odnieść do szpitala… Ot, taka dygresja, bo temat drugiego dziecka ciągle gdzieś powraca, głownie zresztą za sprawą małego, który po prostu chce mieć w domu towarzysza do zabaw, ale jak tu urodzić od razu pięciolatka?

A propos rodzenia, rozmawiałam ze znajomą dziś, jest w trzeciej ciąży i jej największym zmartwieniem teraz jest, uwaga, że ZA SZYBKO URODZI!! Że nie zdąży dojechać do szpitala i w ogóle co zrobić z dwójką dzieci, kiedy się nagle zacznie akcja, a tu mąż dajmy na to w pracy. Najbardziej się boję – mówi ona – że urodzę w samochodzie. W dodatku w czasie, kiedy wypada jej termin, najbliższy szpital, a właściwie oddział położniczy, zamykają na 3 tygodnie. Jak co roku zresztą robią te hece, tak jakby latem rodziło się mniej dzieci. Nie wiem, czy w innych miastach też tak jest?

Tak czy siak, obawy są bardzo uzasadnione, pierwsze dziecko rodziła 2 godziny, drugie niecałą godzinę, skurcze od razu ma co kilka minut, po prostu nic tylko rodzić!!! Obaw o aktualną politykę szpitalno-położniczą nie ma żadnych, no bo jakie. Większość bab boi się, że będzie rodzić w mękach przez 3 dni, a i to nie wiadomo, czy sprawa będzie miała szczęśliwy finał. A tu proszę, taki problem.

Tytuł mojego wpisu wynikł zaś z takiego wydarzenia z wczoraj – nagłą śmiercią zmarł kolego mojego męża, równolatek, czterdziestolatek. Wstał rano, zacharczał i koniec. Z tej perspektywy wszystko tak totalnie traci sens – i planowanie wakacji, i zakupy, i korki w mieście, no wszystko dosłownie, że ja pytam – jak żyć? I po co? Żeby się tak po prostu zwinąć w 5 minut? To po co to wszystko, te kariery, filmy, komputery, smarftony, modne ciuchy upolowane na wyprzedaży etc. Ktoś wie?

Reklamy

Czas i zmiany

Nie mam czasu ostatnio. Kiedy kolejny raz w minionych dniach wieczorem zastanawiałam się, dlaczego jest już 23, a ja nadal mam na desce do prasowania górę zmiętych rzeczy (na tarasie wiszą następne, coś to pranie za szybko schnie…), zlew zawalony, zabawki małego w każdym kącie, a przecież od siódmej jestem na nogach (i to dosłownie – do przedszkola z małym, na autobus, na tramwaj, w pracy też nie siedzę, z powrotem w odwrotnej kolejności: tramwaj, autobus, przedszkole), no więc, kiedy tak nad tym wszystkim dumałam, przypomniałam sobie, jak kiedyś wyglądał mój dzień z małym. Chyba nawet zamieściłam o tym wpis, a było to mniej więcej coś takiego: o 6 się obudził, trochę pierś plus mleko, usnął, po kwadransie znowu się obudził, nie chciał jeść, tylko się bawić, potem pierś, ale nic nie leciało, więc się darł, no to mleko, potem drzemka, potem pół godziny wycia, potem kupa, potem mleko… i tak dalej… Jak to się bardzo zmieniło, nagle mój bąbel chodzi do przedszkola, ma kolegów i koleżanki, rysuje, śpiewa, mówi wierszyki, uczy się pływać i negocjować (jeszcze jedna bajka!). A ja jestem pracującą mamą.

I wiecie co? Dobrze mi z tym. Jasne, chciałabym mieć w mieszkaniu jak w pudełeczku, bez kurzu i okruchów, bez odbitych rączek na lustrach, bez zaległości w praniu, prasowaniu i myciu okien. Zwłaszcza, że jestem z tych, którym to przeszkadza. Ale jest coś za coś i jeśli ceną za moje pracowanie jest taki a nie inny wygląd mieszkania, to ja na to idę. Bardzo bym nie chciała wrócić do czasów siedzenia z niemowlakiem w domu (czy też raczej powtórzyć je). Często myślę, jak to wtedy było, zwłaszcza, gdy obserwuję mamy z takimi maluchami. Te wózki, pampersy, smoczki, kocyki i specjalne butelki. Te płacze nie wiadomo z jakiego powodu. Te ząbkowania, sraczki i zaparcia. Ten OBEZWŁADNIAJĄCY LĘK – Jezu, czy coś mu jest???? Jezu, żeby główkę trzymać dobrze, Jezu, żeby nie spadł z kanapy, Jezu, żeby po szczepieniu nic nie wyskoczyło, Jezu, czy na pewno normalnie się rozwija? Czy nie ma skazy białkowej i uczulenia na gluten? A co z napięciem mięśniowym? Czy odpowiednio dużo je i pije, czy nie powinien już raczkować, czy nie za mało mówi i czy bioderka dobrze się wykształcą. Czy oddycha, czy dobrze leży, czy się nie udławi i czy nie weźmie do buzi czegoś trującego??

Nie chcę przechodzić tego wszystkiego drugi raz. Czy to egoizm? Czy to zły egoizm? A jeśli tak, to dlaczego powinnam go uciszyć i decydować się na drugą ciążę? Wbrew sobie? Może ktoś powie, że to paranoja i przesada, ale ja to mam, to siedzi we mnie i nie będę nagle udawać wyluzowanej, że jak z jednym poszło to i drugie się wychowa.

Bo oczywiście temat drugiego dziecka wraca. I za każdym razem razem czuję się podle. Bo widzę na twarzach ludzi, którym odpowiadam, wypisane hasło: skoro nie chce drugiego, to może nie chciała pierwszego i go nie kocha? Jak tak można, mieć jedno dziecko i nie pragnąć drugiego? Patologia!

Współczuję tym wszystkim kobietom, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci w ogóle. Te to dopiero mają się z czego tłumaczyć! Z tych znanych wspominają o tym J. Aniston czy M. Cielecka. Jak bardzo je to boli, te dociekania o macierzyństwo i to odmawianie im kobiecości, bo prawdziwa kobieta musi być matką, musi mieć dzieci (liczba mnoga nieprzypadkowa). 

Wracając do swojej sytuacji – ja argumentów na nie mam kilkanaście, ci, którzy mnie namawiają czy dopytują, argument maja jeden: powinno być drugie dziecko! Rodzeństwo! (Swoją drogą, ciekawe, czy po drugim ludzie dają już spokój, czy jest gadka o trzecim). A to, czy dobrze zniosę ciążę, jak potoczy się kolejna cesarka (bo musiałabym mieć), czy dziecko będzie zdrowe, czy nie powtórzy się koszmar z brakiem mleka w cyckach, czy znajdę siły i cierpliwość do dwojga, co z moją pracą, chorobami starszego przynoszonymi z przedszkola, gdzie „upchać” w domu drugie dziecko i jego łóżeczko i tysiąc innych rzeczy – to już nikogo zupełnie nie obchodzi.

Jakoś przeboleję te pińcet złotych… 🙂

Nie-matki

Może się mylę, może patrzę na to z totalnie innej perspektywy, może zwracam uwagę na sprawy, które nie-matkom zupełnie umykają, ale wydaje mi się, że strasznie ciężko musi być kobietom, które chcą, a nie mogą być matkami, tak na co dzień, w zwykłych sytuacjach – oglądając reklamy, gdzie macierzyństwo pokazane jest tak rajsko, dzieci się uśmiechają, mamy są zrelaksowane i szczęśliwe czy choćby czytając tzw. portale plotkarskie, na których co chwila jakaś aktorka czy piosenkarka, czy po prostu celebrytka paraduje z brzuchem czy też właśnie urodziła i twierdzi, że to najlepsze, co mogło ją spotkać i że to, co było wcześniej, nagle przestało być ważne itp. A w Faktach czy Wiadomościach? Gdy pokazuje się skatowane dziecko (bo płakało) lub wręcz zamordowane, bo było szóste z kolei? Co czuje wtedy kobieta, która od lat stara się o to, by zostać matką?

Często o tym myślę. I znowu – może z mojej perspektywy to wygląda inaczej, może nie-matki nie zwracają na takie rzeczy uwagi albo nie biorą ich tak do siebie? Nie wiem, ale wydaje mi się, że nie mogłabym pewnych programów oglądać, pewnych wywiadów czytać, a niektóre artykuły omijać. Że Kożuchowska ot tak, proszę, nie mogła zajść, a teraz mamusią została, oczywiście bez komplikacji, dziecko zdrowe, ona przeszczęśliwa. Że Shakira drugie już ma. Że Rozenek ma dwa z in vitro. I tak dalej. Może tak mnie to rusza, bo mam przyjaciółkę, która marzy o dziecku, zapożyczyła się w banku na in vitro i z trzech prób nie wyszło nic. (Swoją drogą, to takie kliniki in vitro pieniążki owszem, wezmą, ale żadnej gwarancji nie dadzą i po kolejnym nieudanym zapłodnieniu po prostu mówią, że się nie udało. Totalna bezsilność). Kiedyś myślałam, że to ona jest szczęściarą, a mnie w życiu nic fajnego nie spotyka i nie spotka. Bo miała faceta jednego, drugiego, była śliczna, wysoka, zgrabna, adorowali ją nawet obcy ludzie, przynosili kwiaty i bombonierki do pracy.

Po latach bilans jest zadziwiający. Ja mam wspaniałego męża, cudownego synka i to tak jakoś… samo wyszło. Po prostu, naturalnie. Podskórnie czuję jednak każdego dnia, że zostałam wyróżniona, bo wielu się nie udaje. Powstaje im w życiu takie diabelskie domino: Nie wychodzą za mąż, bo czekają na dziecko, chcą sprawdzić, czy jednak uda się im zajść w ciążę, nie chcą wiązać do siebie ukochanego faceta, jeśli okaże się, że nie mogą mieć dzieci. A jeśli nie mają ślubu, nie starają się o jakieś wspólne mieszkanie, kredyt, bo po co, skoro nie wiadomo, jak się przyszłość ułoży, jeśli nie założą rodziny. I tak, po latach zostają z niczym. Nie są to moje wydumane teorie, tak przedstawiła mi to przyjaciółka, walcząca od lat z niepłodnością. „Stoję w miejscu, nie mam nic, nie mam męża, nie mam dziecka, nie mam mieszkania”.

A ja jestem zdumiona, kto by to przewidział te 5-10 lat temu, patrząc na nas. I myślę o niej za każdym razem, gdy widzę roześmianego bobasa w telewizji i gdy czytam o „cudzie narodzin” u kolejnej znanej osoby. I o tych „problemach” – rozstępy, obwisłe cycki, zasrane pieluchy…

Wojna matek

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

Mamy i dzieci…

Dziś na placu zabaw błąkało się tak na oko trzyletnie dziecko. Byłam ja z małym i jeszcze jedna mama z synkiem i gdy okazało się, że ów trzylatek nie jest ani mój, ani jej, to się mocno zdziwiłyśmy. Wydobyć żadnych informacji się od niego nie dało, biegał, kręcił się na karuzeli, wołał „mama”, spychał pozostałe dzieci ze zjeżdżalni i tyle. Miałam już pomysły w głowie typu wzywanie policji, coś mnie jednak tknęło i poszłam do pobliskiej przychodni. W korytarzu stał pusty wózek, więc byłam już prawie pewna, że dzieciak jest stąd. Zapytałam jeszcze rejestratorki, czy wie coś na temat wózka, bo na placu biega samotnie dziecko. Babka zajrzała do gabinetu z pytaniem „czy to pani dziecko???”, po chwili faktycznie wyszła stamtąd pacjentka, chwyciła za wózek i poszła na plac. Mówię jej, że chłopak sam biegał i pytał o mamę, a ona na to, że musiała iść do lekarza, a lepiej, żeby był na placu zabaw niż przeszkadzał w gabinecie. Zatkało mnie z lekka. Koło placu jest droga, którą jeżdżą auta. Poza tym na placu też można sobie zrobić kuku. Nie wyobrażam sobie zostawić dziecka samego w miejscu, gdzie może sobie zrobić krzywdę! Przecież jakby chłopak wpadł pod auto, to matka odpowiadałaby w sądzie na zarzut narażenia na utratę życia lub zdrowia, mogliby jej go odebrać!

Czy ja przesadzam?

Kolejna moja koleżanka jest w ciąży. Niestety nie ta, co stara się o dziecko przez in vitro. Może się jej jeszcze uda. Natomiast ta, która w ciąży jest czasami mi się wydaje moją własną karykaturą. OK, ja jestem przeżywaczka straszna, rzadko wrzucam na luz, lubię sobie zaplanować wszystko od A do Z i raczej nie idę na żywioł. Ciążę przeżywałam bardzo, badań pilnowałam wszystkich, wyprawkę kompletowałam sumiennie. Ale Karolina mnie pobiła. Będąc w niecałym drugim miesiącu zdążyła już być u 4 lekarzy i zrobić 3 USG. Wcześniej zrobiła 4 testy, chociaż każdy pokazywał to samo. Już pyta, od kogo dostanie przewijak i kojec. Planuje też zrobić wszystkie badania, łącznie z genetycznymi, bo jakby co, to ma możliwość zrobienia aborcji. Odnośnie porodu (przypominam, że dziecko ma dopiero 2 cm!) to na pewno zażąda znieczulenia, a jeszcze lepiej, żeby zrobili cesarkę. A po szczęśliwych narodzinach też już jest ustawiona, bo babcia zaoferowała pomoc („jak dla mnie bomba, niech się zajmuje” – tak to określiła). Dodam, że ciąża ta jest owocem półtorarocznego próbowania, więc nie wyskoczyła z kapelusza i była chciana. Jednak po spotkaniu z Karoliną mam strasznie mieszane uczucia i kwadratową głowę. Bardziej planuje, jakby tu oszczędzić sobie kłopotów niż cieszy się, że będzie mamą. Pragnie tego dziecka czy nie? Zaplanowała ciążę, bo tak wypada, bo koleżanki już dzieciate? Czy po prostu lęk przed nieznanym tak miesza jej w głowie? Nie wiem. Z lekkim przerażeniem czekam na ciąg  dalszy.

 

Hop i już – nie dla każdego, czyli fiku miku kontra zastrzyki w brzuch

Odebrałam kilka dni temu paszport małego. Wyprawa do miasta z wózkiem to niezły sprawdzian uczynności dla wrocławian. Muszę powiedzieć, że zdany na piątkę. Ale z drugiej strony szkoda, że taki test muszę przeprowadzać. Nie ma jednak takiej opcji, żebym sama wtargała wózek z małym do tramwaju. Akurat pod urząd jeździ pojazd starego typu, taki z dwoma wielkimi schodami. Gdyby nie pomoc przypadkowych osób, nie byłabym w stanie wsiąść, nie wspomnę o wysiadaniu. Tak jak wspomniałam, ludzie byli bardzo uczynni, sami oferowali pomoc, przeżyłam jednak chwile grozy w drodze powrotnej, kiedy to tramwaj coraz bardziej pustoszał. Dzięki Bogu ostał się jeden pasażer i pomógł mi wyjść, w przeciwnym wypadku pozostawały mi albo nerwowe okrzyki do ludzi stojących na przystanku (jeśliby takowi byli) albo podróż na pętlę i pomoc motorniczego. Już nigdy nie wsiądę do drugiego wagonu, bo nie miałam nawet możliwości zastukać do kierowcy.

Moja przyjaciółka dwa tygodnie temu poddała się zabiegowi in vitro. Jutro robi badanie z krwi na obecność ciąży. Inna moja koleżanka już dwa lata temu przeszła całą tę kosztowną procedurę i dziś cieszy się córeczką. Zawsze przy takich okazjach nachodzi mnie refleksja, jak to jest – w jednym przypadku (np. w moim) wystarczy miłe fiku miku i już, i raczej większość uwagi w tej kwestii poświęca się na niedopuszczenie na powtórkę z rozrywki, a w innym (i to coraz częściej) trzeba stanąć na głowie (wziąć kredyt, przejść badania, robić sobie zastrzyki w brzuch), żeby dać sobie szansę na zajście w ciążę.

Jedni dużo wydają na antykoncepcję, a drudzy na in vitro. Ironia losu.

Nigdy nie zastanawiałam się, co by było, gdybym nie mogła zajść w ciążę, to się po prostu stało. Ci, co mają mniej szczęścia, miewają na ten temat obsesję. To chyba trochę jak z tymi schodami w tramwaju – nikt, kto pokonuje je w dwie sekundy, nie rozmyśla nad ich istnieniem. Hop – i już.

Trochę marne porównanie, wiem, ale coś w tym jest.

Rok

Mija dziś rok, odkąd pierwszy raz zobaczyłam synka. Dzień jak co dzień pełen zajęć, a jednak moje myśli krążą wokół tamtych szpitalnych wydarzeń, tego zamętu i zastanawiania się, jak to będzie…

Koleżanka A. nadal, jak to określiła, jest w dwupaku, termin wyznaczony przez lekarza mija jutro. Napisała mi, że nie może się już doczekać. Bardzo dobrze ją rozumiem.

ROK.

Ciekawe, kiedy przestanę sprawdzać w nocy, czy synek oddycha.