Konstrukcje PRAWIE niemożliwe

Z jednej strony brak doświadczenia (bo i skąd?) i wyobraźni (czy raczej umiejętności przewidywania, co może się stać), z drugiej – ciekawość, eksperyment, brak ograniczeń w głowie. Mały próbuje różnych rozwiązań, to przywilej dziecka. Często przy tym się złości i płacze – nieuniknione rozczarowania… Muszę jednak przyznać, że czasem udaje mu się zbudować taką konstrukcję, której ja nawet nie próbowałabym stawiać. I o to w tym wszystkim chyba chodzi, jak inaczej miałby się rozwijać?

Nam też wczoraj udała się rzecz niemal niemożliwa. Małego przyjęto do przedszkola i to do tego blisko nas. Nie wiem, jak w innych – miały być informacje przesłane mailem, ale nic nie dostałam, a na kolejny objazd po całym mieście nie mam ochoty, ani czasu. Ani też potrzeby, skoro wisimy tutaj na liście. Nota bene, dwa razy więcej nazwisk było na liście niezakwalifikowanych, problem więc nie zniknął.

Rozmawiałam wczoraj z intendentką.

– Skąd pojawiły się te dodatkowe miejsca?

– Miasto kazało nam utworzyć.

– Myślałam, że to jakaś pomyłka, jak zobaczyłam ilość wolnych miejsc.

– Proszę mi wierzyć, ja też. Lista z wakatami została ogłoszona w środę, a nam we wtorek wieczorem powiedziano, że mamy stworzyć tyle a tyle miejsc.

– I co zrobiliście?

– Podstawówka będzie na dwie zmiany.

– Aha…

Cudów nie ma, budynek nie z gumy…

 

Absurdów rekrutacji do przedszkoli ciąg dalszy

Tak w ogóle, to zaczęło się od tego, że druk wniosku dotyczący drugiej rekrutacji nie był dostępny w necie przed całą tą akcją, tj. skoro nabór ruszał 21.05, to i wniosek został ujawniony dopiero tego dnia. Miało to dla mnie znaczenie (a pewnie i dla wielu innych w mojej sytuacji), gdyż drukarki nie mam w domu, mężydło w pracy wydrukowało i przywiozło dopiero wieczorem do domu, więc cały pierwszy dzień naboru poszedł się paść. Całe szczęście kolejność składania wniosków nie miała znaczenia, chociaż kto ich tam wie.

W każdym razie – tak się zajarałam, że wniosek już możliwy do pobrania i miejsc wolnych tyle i przedszkoli do wyboru takoż, że nie zwróciłam uwagi na kolejny bardzo ułatwiający życie rodzicom pomysł – wniosek do pobrania był w PDF-ie. A jeśli się chciało zwiększyć swoje szanse i złożyć papier tu i tu, i tam, to to naprawdę miało znaczenie! A i szanowne komisje, jak mniemam, też by wolały wczytywać się w wydrukowany tekst, a nie ślepnąć nad bazgrołami spieszących się rodziców.

Żeby to wypełnianie rubryk miało jeszcze sens! I jakoś z głową było ułożone! A gdzie tam. Druk zaczyna się tak: dane kandydata – tj. w tym przypadku mojego syna. No OK, PESEL etc. Ale dalej leciał adres i tak: województwo, powiat, gmina, miasto. Tak jakby nie był to druk do pobrania tylko dla wrocławian! Wpisujesz więc: dolnośląskie, Wrocław, Wrocław, Wrocław. Uff, udało się. Co dalej? Dane matki. A dalej? Adres!!!! I polka od nowa: województwo, powiat, gmina, miasto! Ocierasz pot z czoła i myślisz, że koniec? No jak, przecież dalej są dane ojca i adres! Zaczynający się od rubryk: województwo, powiat, gmina, miasto!!!! Ja upatrzyłam sobie 9 przedszkoli, więc sami widzicie, ile tego pisania było. O gwiazdce informującej, że można wpisać jak wyżej zapomniano, ze strachu więc, że mogą odrzucić wniosek, wypełnialiśmy wszystko z mężem sumiennie.

Dlaczego nie można było porozsyłać podań przez Internet? Po co przedszkolom tyle papieru? Wniosek liczył sobie 3 strony i w większości przypadków główną część tego arcyważnego druku stanowiły trzy razy wpisane te same adresy. Wow. Fascynujące.

No i dalej – żeby wyłuskać z listy wolnych miejsc interesujące mnie przedszkola, spędziłam w sumie 4 godziny na klikaniu w nazwy placówek; wtedy otwierała się strona z adresem, wówczas wpisywałam ulicę w mapę google, żeby zobaczyć, gdzież to jest, a następnie patrzyłam w schemat komunikacji miejskiej, by sprawdzić, czy tam coś jeździ, czy jeździ ode mnie, a jeśli tak, to co. Nie mogę do tej pory uwierzyć, że w XXI wieku zmuszono mnie do tak absurdalnej pracy. I pewnie wielu innych mnie podobnych. Wstyd! Wstyd dla organizatorów całej tej szopki.

Kolejny krok – trzeba te podania złożyć. Co z tego, że wybrałam placówki w miarę nie na końcu miasta. Ale było ich 9. Mąż musiał wziąć wolne z pracy i cały dzień zleciał na rozwożeniu wniosków. I było trochę śmieszno, trochę straszno…

W pierwszym przedszkolu mąż stał w kolejce pół godziny; dlaczego tyle to trwało? Któż to wie, co działo się za zamkniętymi drzwiami gabinetu… Całe szczęście gdzie indziej było trochę krócej. W każdym razie w tym pierwszym intendentka popatrzyła z politowaniem na nasz wniosek i poradziła składać dalej, gdzie się da. No OK.

W drugim powiedziano nam, że będą brane też pod uwagę inne kryteria, niż we wniosku, więc czy mamy podanie. Jakie podanie? No, podanie, ręcznie napisane. Ale co w tym podaniu? No, różnie ludzie piszą, np. tu, o proszę, pan pisze z prośbą o przyjęcie dziecka do przedszkola… Ręce nam opadły. Nie mieliśmy podania ani pomysłu, co w nim wpisać. Może, że mieszkamy na strychu z dziurawym dachem i mamy na stanie chorą babcię? Hmm…

W trzeciej placówce kategorycznie nam powiedziano, że kryteria są te same, co w pierwszej rekrutacji i inne być nie mogą, bo takie dostali wytyczne z miasta.

W czwartej szczęki nam opadły, bo przyjmująca wniosek rzuciła od niechcenia: a wiecie, że można składać tylko do trzech przedszkoli? Nie, nie wiemy i jedziemy składać dalej. Do tej pory nigdzie nie znalazłam takiej informacji na stronie, jak byk stoi tylko – składać wnioski tam, gdzie są wolne miejsca.

Do piątego przedszkola mąż poszedł sam. Po chwili wrócił po portfel – pani zażądała dowodu osobistego, by sprawdzić, czy wniosek składa ojciec. Tak jakby to miało znaczenie!!! A mnie nawet wcześniej przyszło do głowy, że mogłam może kogoś innego (znajomego) poprosić o pomoc, a męża zostawić w spokoju w pracy… Za to gdzie indziej dowodu nie chcieli.

Kolejne przedszkole, kolejne novum: oświadczenie o składaniu PIT-a mamy podpisać obydwoje, do tej pory wystarczał jeden podpis…

W następnym należało za to podpisać się na specjalnej liście. Ale to tylko w tym jednym.

Jeszcze w kolejnym wydano nam druczek potwierdzenia przyjęcia wniosku. Jak miło, ale dlaczego praktykowano to tylko w tym jednym przedszkolu?

W ósmym pani odradziła składanie wniosku, bo ona ma już wszystkie miejsca „odgórnie” obsadzone i szkoda podania. Cóż, dzięki za szczerość.

Z dziewiątego to chciałam sama zrezygnować, przeraził mnie ten smutny rządek kibelków z połamanymi deskami klozetowymi i spłuczkami powieszonymi wysoko na ścianie ze zwisającymi smętnie łańcuszkami… Dawno już nie widziałam czegoś takiego, może 20 lat temu na jakiejś koloni? Spytałam męża, jak dzieci sięgają do tych łańcuszków. Muszą skakać i się wieszać – odparł i mrugnął okiem. W każdym razie placówka prosi się o remont, czas tam stanął w miejscu chyba w latach 70. Mąż kazał przestać mi tragizować i złożył wniosek, a ja równocześnie modliłam się, by został odrzucony.

Dziesiąte z kolei, polecone nam przez panią z ósmego, że niby sporo tam miejsc, jest najgorzej skomunikowane z naszym miejscem zamieszkania. Ale to w nim babka zerkając w papiery powiedziała nam: o, prawdopodobnie będzie pozytywna opinia, zapraszam po ogłoszeniu wyników, trzeciego czerwca na spotkanie integracyjne. Ponownie zbieraliśmy szczęki z podłogi…

Absurdy rekrutacji uzupełniającej, masa absurdów

Zrobiliśmy ostatnio objazd po przedszkolach w ramach tzw. rekrutacji uzupełniającej. Na samą myśl o całej tej akcji nóż mi się w kieszeni otwiera. Cała ta rekrutacja jest tak bzdurnie i bezmyślnie „zorganizowana”, aż po prostu trudno w to uwierzyć. Absurdy w pierwszym naborze są niczym wobec tych działań, do jakich zdesperowanych rodziców zmusiła druga rekrutacja.

Po pierwsze: 21.05 pojawiła się na stronie wrocławskiej edukacji lista z wolnymi miejscami w przedszkolach. No OK. Można by pomyśleć – to pewnie te placówki, gdzie rodzicom jakoś było nie po drodze, nie pasowały z tych lub innych powodów, stąd i wakaty zostały. NIC BARDZIEJ BŁĘDNEGO!!! Lista liczy sobie niemal sto pozycji i jakież to m.in. przedszkola na niej znalazłam?? Te, w których odrzucono małego. I wiele innych (kilkadziesięcioro) dzieci prócz niego. SKĄD SIĘ WZIĘŁY ZATEM TE WOLNE MIEJSCA, JA SIĘ PYTAM!?? W tym najważniejszym dla nas przedszkolu byłam nawet po ogłoszeniu wyników, pytałam, dlaczego, co i jak i czy jeszcze coś się znajdzie w drugiej turze. Powiedziała mi tzw. intendentka, że absolutnie, ależ skąd. Żadnych wolnych miejsc nie będzie. No to chyba krasnoludki jakieś zadziałały…

Jak prowadzona jest ta rekrutacja, że najpierw się odrzuca (po przejrzeniu ponad setki wniosków) 3/4 ubiegających się o miejsce dzieci, a potem ogłasza się, że oto proszę! Mamy jeszcze masę wolnych miejsc! Na chybił-trafił Wam powiem – przedszkole nr 110: 14 miejsc, przedszkole nr 107: 20 miejsc, przedszkole nr 54: 16…, i tak dalej. Żeby jeszcze tych placówek, co to uwaliły mojego syna nie było na liście, no OK, rozumiem, zbyt dużo chętnych. ALE NIE! Wiem, powtarzam się, ale szlag mnie trafia, bo mam poczucie, że ktoś tu wprowadza rodziców w błąd, celowo lub zupełnie bezmyślnie. Bo efekt jest taki, że ponownie złożyliśmy wnioski w tych placówkach, co to już raz od nas wniosek przyjęły. Czy to nie absurd?? Zwłaszcza, że kryteria są te same! To jak, znowu szanowna komisja będzie liczyć nasze punkty, bo wcześniej było ich za mało, ale teraz to już mogą wystarczyć? Nie kumam tego, k…, a wyższe wykształcenie mam. Ktoś (miasto Wrocław, jak mniemam) zapłaci tym samym ludziom znowu za tę samą robotę, tj. za rozpatrzenie tych samych wniosków, które oglądali 3 tygodnie temu (no dobra, druk inny….). Może o to tu chodzi – o pieniądze? Bo jak nie wiadomo, o co…

CDN, bo tylko temat ledwie musnęłam.