How much is the baby?

Ile kosztuje dziecko? Ostatnio moja koleżanka stwierdziła, że  nie zdecyduje się na dziecko, dopóki nie będzie miała zagwarantowanego bytu na wysokim poziomie przez trzy lata siedzenia z dzieckiem w domu. A że na to się, wg niej, nie zapowiada, z dziecka nici.

Z jednej strony – mądre to i przemyślane, kto by chciał w biedzie dzieci wychowywać i batonika im odmawiać. Z drugiej – dla niektórych kobiet myślących w ten sposób nigdy nie będzie korzystnego czasu na macierzyństwo. Nawet jeśli wygrają w totka 6 milionów – bo wtedy to przecież trzeba będzie korzystać z życia, podróżować, a nie zasrane pampersy zmieniać o 3 w nocy.

No i dobrze, wolnoć Tomku w swoim domku. Ja też, zanim męża bez antykoncepcji do sypialni wpuściłam, zastanawiałam się mocno nad finansami. Po pierwsze – odpadnie moja pensja, po drugie – pojawią się nowe, czasami nieprzewidziane koszty. O tym za chwilę. Koniec końców ustaliliśmy jednak, że damy radę, mąż pracuje, ja płatnego macierzyńskiego będę mieć pół roku (teraz szczęściary mają rok!), a potem najzwyczajniej w świecie „się zobaczy”, bo nigdy nic nie wiadomo.

Trzy lata naprzód zaplanować trudno. Łatwiej wcześniej nieco zadbać o przyszłość finansową – nie brać pięciu kredytów, bo zanim spłacimy raty, stracimy zdolność do rozmnażania się oraz odłożyć trochę, skoro zarabiamy tak dużo, że szkoda nam zrezygnować z pensji na rzecz wrzeszczącego noworodka w łóżeczku. Uff, zdanie wielokrotnie złożone, komuś narysować wykres?

Czy wy też znacie takie osoby, które mówią: „chciałabym mieć teraz dziecko, ale Marek zarabia 3000, z czego 1500 idzie na nasz kredyt na mieszkanie, a 1000 na kredyt na skórzane meble, telewizor i wczasy w Hiszpanii. Ja z kolei spłacam nowego volkswagena i płacę rachunki. Zostaje trochę na jedzenie”. No tak, w tej sytuacji to można się pokusić jedynie o kupno psa. Na kredyt, rzecz jasna.

Przejdźmy jednak do meritum. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że dzidziuś wcale nie jest w pierwszych latach wysysaczem każdej złotówki z portfeli rodziców i dziadków, jak się dość powszechnie uważa. Trzeba po prostu mieć kogoś w rodzinie lub wśród przyjaciół, kto ma nieco starsze dziecię od naszego oraz wybić sobie z głowy gwiazdorskie myślenie „moje dziecko będzie miało wszystko najlepsze” oraz „nie będę żałować pieniędzy na dziecko”. Jak to działa? Korzystamy po prostu z rzeczy używanych, życzliwie nam oddanych. Ludzie bardzo chętnie pozbywają się dziecięcych ubranek, wózków, łóżeczek, kołderek, śpiworków, zabawek, przewijaków, podgrzewaczy i grających chodzików, gdyż najnormalniej w świecie zawadzają i zagracają im domy. Niemowlak, zanim zacznie się szurać po podłodze, nie jest w stanie niczego zniszczyć. Potem też raczej prędzej ze spodenek wyrośnie, niż je porwie lub zaplami na „ament” (jak to mówiła moja koleżanka).

U mnie w rodzinie ubranka i inne niezbędniki dla niemowlaka krążą już od kilku lat, w międzyczasie „obskoczyły” też dzieci koleżanek. Zawsze też któraś mama dokupi coś nowego lub dostanie i zbiór się odświeża. Jeśli nie ma dzieci w rodzinie, można rozpuścić wici w pracy – moja znajoma od współpracowników dostała ogromną torbę wypełnioną ciuszkami. Tu mam radę: jeśli dostajemy ubranka od różnych osób, które chcą je potem dostać z powrotem – sfotografujmy dary, dzieląc je w zbiory – co od kogo. Łatwo będzie później wyłowić konkretną bluzeczkę i nie trzeba się bawić w jakieś mozolne znakowanie nitkami.

Jeśli chodzi o ubrania, zawsze można się też wspomóc lumpeksem lub serwisami aukcyjnymi. W sklepach ceny są obłędne, body kilkanaście złotych, piżamka 35, czapeczka 20. Jakiś czas temu znajoma w ciąży, której proponowałam używane ubranka, podziękowała mi mówiąc, że chce mieć „wszystko nowe”. No OK. Przeszła się po sklepach i… zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy oferta aktualna…

Na co tak naprawdę trzeba szykować pieniądze? Pampersy (ale tu też są drogie i tańsze, o połowę), materacyk (ale wystarczy zwykły gąbkowy, bo jeśli dziecko posika nam kokosowe cudo, będzie tak samo do wyrzucenia jak gąbka za 20 zł), elementy laktatora, które mają styczność z mlekiem (bo np. silnik pożyczyłam, a to najdroższa część). Sporo kosztuje mleko modyfikowane, ale jeśli w użyciu będzie pierś, nie będzie nam potrzebne (wtedy odpada też laktator i butelki). Bardzo drogie są szczepionki, jeśli nie weźmie się tych sanepidowych. Ale tu mamy wybór – te z sanepidu są bezpłatne.

Drogie są buty dziecięce, dlatego jak najdłużej każmy dziecku raczkować… Żartuję!!!

Jeśli chodzi o zabawki, to wielokrotnie już pisałam, że mój syn woli drewniane łyżki i trzepaczkę od drogich samochodzików, hitem jest też plastikowa butelka. Ostatnio udało mu się wsadzić do środka gryzako-szczoteczkę i był z tego niesamowicie dumny…

Kto może, niech idzie w wersję de lux, proszę bardzo. Gadające w dwóch językach chodziki, kosiarki puszczające bańki mydlane, grające misie i rżące koniki na biegunach… Daję głowę, że dziecko i tak będzie miało najwięcej radochy z turlającego się z nim po podłodze rodzica, niż z tony zabawek Fisher Price. Myślę, że na super zabawki edukacyjne (i drogie) przyjdzie czas w okresie przedszkola, wtedy pewnie dochodzi rywalizacja i porównywanie, co kto ma. Całe szczęście, gdy dziecko jest w przedszkolu – to rodzic może być w pracy i na te wszystkie ciężarówki, płaczące lalki i interaktywne zwierzątka zarobić…

 

PS

Mądre oszczędzanie można zacząć już w ciąży i podczas porodu. Kluczem jest zdrowy rozsądek i szukanie alternatyw. Z ubraniami ciążowymi warto postępować tak, jak wyżej opisałam w przypadku ubranek dziecięcych. Można iść do modnej drogiej szkoły rodzenia, ale są i bezpłatne, prowadzone przy przychodniach i szpitalach przez doświadczone położne. W niektórych szpitalach za poród rodzinny się nie płaci, w innych trzeba wykupić cegiełkę – warto wcześniej to sprawdzić. Można opłacić położną do porodu (rok temu we Wrocławiu znajomi płacili 1000 zł), ale wiele kobiet radzi sobie bez takiej pomocy, zresztą nigdy nie mamy gwarancji, czy nasza położna nie będzie miała dyżuru, urlopu albo biegunki akurat, kiedy zaczniemy rodzić.

Reklamy

Śliniak i inne gadżety

Mały ślini się na maksa. To niezaprzeczalny fakt, niestety. Średnio na dzień schodzi mi 4-5 sztuk tych półokrągłych szmatek podbitych ceratką, przy czym pisząc „schodzi mi” mam na myśli to, że mały zaślinia je dokumentnie, tak że aż są ciężkie. Moja siostra, matka dwójki dzieci, obserwując mojego synka, powiedziała: dopiero teraz rozumiem, czemu to się nazywa śliniak… Sama bowiem używała śliniaków jedynie do ochrony ubranka przed plamami z jedzenia.

Małemu wychodzą zęby, to go trochę tłumaczy. Górna piątka jest nadal w natarciu, a na dole po obu stronach idą chyba czwórki. Dziąsła ma spuchnięte i obolałe, muszę bardzo delikatnie czyścić mu paszczę, żeby nie urazić i tak już bolących miejsc. Oględziny paszczęki mojego dziecka pozwoliły mi wysnuć wniosek, że problem ślinienia nie zniknie z dnia na dzień. Postanowiłam przeszukać Allegro pod kątem śliniaków właśnie, licząc na jakąś atrakcyjną ofertę zakupu hurtowego, bo chociaż co chwila piorę te cholerstwa i tak po jakimś czasie nabywają na stałe jakichś brązowo-pomarańczowych niespieralnych plam.

Przeglądając oferty doznałam kilku wstrząsów. Pierwszy był związany z odkryciem, że ludzie (przedsiębiorcze matki zapewne) sprzedają śliniaki używane! Pomysłowość ludzka nie zna granic. Po drugie odkryłam, że można żądać za śliniak 30 zł, tylko dlatego, że jest firmy Babybjorn i „pasuje” do nosidełka tejże marki. Wow! Trzy dychy za kawałek „oddychającej tkaniny frotte” to też przejaw sporej pomysłowości. Po trzecie, trafiłam na ofertę chusteczek będących alternatywą dla bohatera dzisiejszego wpisu. Ładne, kolorowe i dizajnerskie. Cena – prawie 30 zł. Pewnie sprzedają po kilka sztuk w paczce – pomyślałam. Nic bardziej błędnego, 30 zł to koszt jednej sztuki kawałka szmatki wielkości chustki do nosa. Niepodszytej w dodatku żadna folią, przez co mój syn po jakiejś godzinie miałby już mokrą bluzkę i bodziaka, czyli nadawałby się do przebrania. A tego właśnie chcę uniknąć!

Spasowałam w temacie śliniaków z Allegro, ale zaczęłam przeglądać inne wynalazki. Mojej mamie zdarzyło się raz pomacać pupę małego z komentarzem: może ma mokro, a chwilę później wygłosić pochwałę pampersów oraz słyszałam, jak z podziwem mówiła do mojego taty o mnie szykującej kolację dla małego: ty wiesz, mleko z proszku zmieszała, kaszkę dodała i już, żadnego gotowania, przypalania garnka… Mniej więcej tak się czułam oglądając cuda w necie: nakładki na skarpetki zapobiegające ich zsuwaniu (sic!), nocnik składany na płasko, który można również dopasować do deski sedesowej, do tego  jednorazowe wkłady z „pochłaniaczem cieczy” (czyli koniec z wygrzebywaniem kupska ze środka…) oraz, uwaga, to mój faworyt: obrotowa łyżeczka z odważnikiem na końcu, który utrzymuje ów kosmiczny sztuciec cały czas jest w pozycji poziomej, „co zapobiega spadaniu jedzenia z łyżki”, jak zapewnia sprzedawca. Ciekawe, czy zapobiega wściekłemu rzutowi pełną łyżką o podłogę lub ścianę, nie wiem, może ta łycha ma też funkcję lewitacji…?

Odnośnie łyżeczek do nauki jedzenia – zakupiłam ostatnio małemu taką krzywą, ułatwiającą trafienie do buzi, ale synek odniósł się do niej ze sporą dozą podejrzliwości (czytaj – nie chciał jej wziąć do rączki, a jak już wziął, to po to, by rzucić na podłogę). On widzi, że coś z nią jest nie tak – skomentowało mężydło. Cóż, może obrotowa zyskałaby większą aprobatę, w końcu kosztuje nie 3 zł, a 33…

Na koniec odkryłam coś, o czym mówiłam żartem, kiedy mały obijał się o meble stawiając pierwsze kroki – kask do nauki chodzenia! „Wyposażony w 30 otworów co gwarantuje właściwy poziom wentylacji głowy”! Skomentuję to w ten sposób – wydaje mi się, że mój synek nauczył się bezpiecznie pokonywać przeszkody oraz schylać się pod stołem, bo po prostu kilka razy najzwyczajniej w świecie się walnął. Ot co.

Nie jestem przeciwniczką przeróżnych udogodnień dla dziecka, a przede wszystkim dla rodzica, broń Boże. Sama z wielu korzystam, byłaby to więc hipokryzja. Według mnie trzeba jednak zachować umiar, żeby, po pierwsze, nie wychować kosmity, który nie będzie wiedział, co się robi ze zwykłą łyżką a pierwszy raz w głowę uderzy się w wieku 10 lat (i poczuje to!); po drugie, żebyśmy nie utonęli w zalewie dizajnerskich gadżetów, zapominając, co tak naprawdę jest ważne i sprawdza się w potrzebie. Moi znajomi np. zaopatrzyli się w monitor oddechu, a zapomnieli zakupić termometr dla dziecka; nabyli najdroższy na rynku laktator, zamiast dowiedzieć się, jak dziecko powinno chwytać pierś, by popłynęło z niej mleko; pół roku wybierali kolor wózka i rodzaj kół, a przegapili datę pierwszego szczepienia…

Do oglądania

Nie trzeba mieć kalendarza, by wiedzieć, że zaczęło się lato. Wystarczy spojrzeć w program telewizyjny: "Karino", "Czterej pancerni i pies", "Szaleństwo Majki Skowron", "Podróż za jeden uśmiech"… Jak dadzą "Wakacje z duchami", będzie znaczyło, że lato w pełni. "Stawka większa niż życie" i "Czterdziestolatek" są już w połowie, więc jest szansa, że w sierpniu zostaną nam oszczędzeni. 

Jednak powtórki seriali (i nie tylko, TVN odgrzewa też np. Milionerów) bardziej mnie rozbrajają niż irytują. Prawdziwie denerwująca jest wieczorna propozycja telewizyjna. Przykład z dziś – TVP1:
20:15 "Miłość nad rozlewiskiem" – pora na oglądanie filmu idealna, ale tego akurat serialu, jak większości – nie oglądam;
21:20 "Rebeka" – melodramat włoski, oceniony na dwie gwiazdki, więc kicha;
dopiero o 23:10 czterogwiazdkowy "Zawód: dziennikarz" z doborową obsadą, a po nim o godzinie – uwaga – 01:10 również oceniony na cztery gwiazdki "Amator" Kieślowskiego, którego nigdy nie udało mi się obejrzeć, bo ZAWSZE leci o równie dogodnej porze, jak dziś. I taka sytuacja pojawia się nagminnie. Kto chce ambitnego kina, musi prowadzić życie nietoperza. Lub – jak ja – oglądać filmy na komputerze.
A propos filmów – polecam film "Babies". Nie tylko dla osób oczekujących na dziecko, ba – nie trzeba być nawet jakimś specjalnym miłośnikiem dzieci. Chociaż oglądamy w nim cztery bobasy w czterech różnych miejscach na ziemi, nie o zachwyt nad dziećmi tu chodzi, a na pewno nie jest to jedyny cel filmu. Dla mnie ten obraz to przede wszystkim ciekawa z socjologicznego punktu widzenia wypowiedź na temat: czego potrzebują dzieci w pierwszych miesiącach życia. 
Od wielu tygodni przygotowuję się na niemowlaka w domu i dla mnie wiąże się to z gromadzeniem mnóstwa NIEZBĘDNYCH rzeczy (niezbędnych do tego, by być dobrą matką, jak sądzę…). W naszym mieszkaniu przybywa wszelakich ubranek (czapeczki, skarpeteczki, śpioszki, pajacyki, body etc.), kosmetyków (do pupy, do ciała, do kąpieli, po kąpieli, na słońce, na wiatr, na pełnię księżyca… żartuję), sprzętów (wanienka, łóżeczko, wózek, fotelik) i tak dalej, i tak dalej. Tymczasem – spójrzcie na te dzieci z Namibii: 


I nagle smoczek z termometrem, pieluchy z aloesem, specjalna oliwka hypoalergiczna stają się jakieś takie groteskowe…