Sedno rodzicielstwa

Ja tu się rozpisuję i tak, i siak, a tak naprawdę zazwyczaj chodzi mi o to, co poniżej ujęto na czterech obrazkach. Boże, jakie to prawdziwe! Zazdroszczę trafienia w sedno!

Pozdrawiam wszystkich rodziców wściekłych na swoje bachory za ich zachowanie, co nie przeszkadza im o dowolnej porze dnia i nocy lecieć na ratunek (albo pomóc szukać autka… albo kulki…, albo zbudować namiot z koca i krzeseł…).

 

 

źródło: https://www.facebook.com/blogojciec/?hc_ref=NEWSFEED&fref=nf

Bilansik

Mój synek to już pięciolatek. Banalnie dodam, że nie wiem, kiedy to zleciało! Normalnie skandal, szok, niedowierzanie.

Mały bilans zrobię, bo ani się obejrzę, a będzie się szykował do studniówki. Chyba że dobra zmiana zlikwiduje studniówkę, bo czemu by nie. Jezu, lepiej nic o dobrej zmianie już nie pisać, bo mi zamkną bloga 😉

Mały ma 113 cm wzrostu.

Waży 21 kg.

Rozmiar buta: 32.

Zna literki, cyferki, wymawia wszystko ładnie, ale lubi się pieścić i wtedy sepleni.

Jest towarzyski – bawi się chętnie z dziećmi w przedszkolu i z wszystkimi swoimi kuzynami i kuzynkami, a piszę o tym, bo jednak miewa swoje schizy. Np. idziemy dla odmiany do innego niż zazwyczaj parku, gdzie jest fajny plac zabaw i karuzela dla dzieci taka w starym stylu –  z końmi i karocami. Mały dwie godziny przesiedzi na ławce, bo na placu zabaw „nie chce, żeby były dzieci”, a do karuzeli nawet nie chciał podejść. Albo – kolejny raz zrobił nam numer z basenem, powtórka z zeszłego roku. Upał, nowy basen, zjeżdżalnia, o której mały non stop mówi. Jesteśmy na tym cholernym basenie i co? I siedzimy dwie godziny na kocu. Nie wejdzie do wody, nie pójdzie na zjeżdżalnię. Bo nie. No, trzymajcie mnie!

Ulubiona potrawa: mięso. Oprócz słodyczy oczywiście. Ale nawet przedszkolanki mówiły, że tak, jeśli chodzi o obiady, z małym nie ma problemu, mięsko zawsze sam chętnie zje, potem może ziemniaki, za to suróweczka Boże broń.

Sport: bardzo się stara na lekcjach pływania, dobrze kopie piłkę, lubi różne fikołki i wygłupy na łóżku lub trampolinie, ale totalnie ma w nosie rower czy hulajnogę. Coś tam trochę pojeździ, ale nie widzę tego zapału, co u innych dzieci, za którymi biegają sprintem przerażone matki.

Inne umiejętności: obsługa laptopa, tabletu – proszę bardzo. Wszystko, byleby leciały bajki. Lubi te naprawdę stare, nawet za mojego dzieciństwa one już były stare: Krecik, Bajki z mchu i paproci, Zaczarowany ołówek, Pomysłowy Dobromir, Sąsiedzi. Z nowych bajek: ani razu nie obejrzał Kaczora Donalda, ale owszem, Shrek, Epoka Lodowcowa itp. bardzo chętnie. A propos Epoki lodowcowej i opisanych wyżej schiz/fochów. Chcieliśmy wziąć małego do kina na najnowszą część, reklamowaliśmy na wszelkie sposoby: wielki ekran, krzesełka, światełka itp. Tak histeryzował, że nie chce, że odpuściliśmy, a poza tym złapał – tradycyjnie już w upały – anginę. Właśnie skończyliśmy antybiotyk, w tym roku chyba trzeci. A są dzieci, które w jego wieku mają za sobą w ogóle max jeden antybiotyk; bardzo nad tym ubolewam.

Chorowanie małego to największa moja bolączka, największy stres i nerwy. Mam nadzieję, że za rok, na podsumowania sześciolatka będę mogła napisać – przestał chorować!

A czemu by nie angina w środku upalnego lata?

Kiedy jest najlepsza pora, by dostać masakrycznie wysokiej gorączki i nie reagować na leki? Powiem Wam. Niedziela. Jak się jest samemu w domu z dzieckiem, bo mężydło wybyło na delegację wyjątkowo w weekend. Teraz piszę o tym spokojnie, ale w tę niedzielę, kiedy przez 3 godziny mały miał 39,9 i nic nie spadało ani po paracetamolu, ani po ibupromie, sama myślałam, że zejdę na zawał. Niby tylko gorączka u dziecka, wielkie halo. Ale po lekach jeszcze wzrosła, małemu dziwnie posiniały nogi (były normalnie niebieskie, zwłaszcza kolana) i dostał dreszczy. I płakał: moje oczy, moje oczy!!! Jezus Maria.

Teraz wiem, że zsinienie się w gorączce zdarza, że mogą boleć bardzo oczodoły i że dreszcze to też norma. Ale wtedy zdecydowałam się zadzwonić na pogotowie. Przez pierwszą minutę w ogóle nie mogłam wydusić słowa, w końcu jakoś wydukałam, o co chodzi. Babka była rzeczowa i pomocna, poradziła jeszcze małego spróbować schłodzić wodą i jak nie spadnie gorączka, to dzwonić jeszcze raz. O zimnej kąpieli nie było mowy, samo wspomnienie o tym wywoływało histerię i ryk. Na siłę okładałam synka mokrymi pieluchami, a i tak się wyrywał i wrzeszczał „Zabraj to!!!!! Zabraj to!!!!!!”.

Ale pomogło, temperatura spadła o dwie dziesiąte. I nagle ktoś dzwoni. Kie licho, myślę? Nieznany numer? Wyobraźcie sobie, z pogotowia pani oddzwoniła z pytaniem, jak tam to dziecko. I podała mi numer do dyżurującego pediatry w szpitalu. Zadzwoniłam tam, lekarka bardzo rzeczowo mi poradziła, co dalej robić, zwiększyła dawki leków, wyjaśniła, ze czasem przy podawaniu leku temperatura nie osiągnęła jeszcze szczytu i dlatego może jeszcze wzrosnąć, mimo podania leku.

W końcu jako tako przetrwaliśmy do rana, potem oczywiście lekarz, antybiotyk i jeszcze walka z gorączką, ale już w miarę na spokojnie.

Trochę niusów

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku 😀

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

Różne takie

Trzeci tydzień siedzimy w domu. Tak bardzo bym już chciała, żeby sytuacja się unormowała – bo i my z mężem urywamy się z pracy, i mały opuszcza przedszkole, i nudzi mu się, marudzi, że chce na dwór i wcale mu się nie dziwię. Ja wiem, wszyscy mówili, o, przedszkole, to będzie chorował, moja siostra mówi – idzie zima, szykuj się i take tam. OK, OK, ale myślałam, że to jakoś z przerwami będzie! A tu jak na Wszystkich Świętych mały dostał znienacka gorączki, tak do tej pory ciągle coś się dzieje, z jednym dniem przerwy, o którym za chwilę. Najgorszy był ten poranek z wymiotami – nagle mały po obudzeniu się zaczął płakać i zaczęło nim szarpać. Biedak, nie wiedział, co się dzieje. Doktor stwierdziła, że to być może początki szkarlatyny, co i ja zdiagnozowałam wcześniej na podstawie wiedzy z internetu (jak większość ludzie chyba teraz…). Mały był czerwony na buzi, ale z bladym trójkątem przy ustach. No i dlatego dostał ten antybiotyk, tyle że prawie tydzień już bierze, niby jest OK, a tu wczoraj na wieczór stan podgorączkowy, no żesz kurna!

Właśnie to mnie najgorzej wkurza w tym chorowaniu, niby nic, niby dobrze, a tu nagle niespodzianka! I kolejny tydzień w plecy. Stary jak ma chorować to czuje, tu coś zaboli, gardło drapie, katar się zaczyna, można się przygotować. A u dziecka? Skacze, tańczy, śpiewa, okaz zdrowia po prostu, po czym w jednej chwili 40 stopni gorączki. I to zawsze w sobotę wieczorem.

A ten jeden wspomniany dzień to był 10. listopada. Jak teraz o nim myślę, to totalnie nierealny mi się wydaje! Mały wydawał się już zdrowy, więc poszedł do przedszkola, a ja z mężem mieliśmy wolne w pracy, oddane za 01.11. I co? I, kurna, poszliśmy do kina! Na przedpołudniowy seans, ha ha. A potem na obiad, super było! Wyrobiliśmy się z naszą „randką” do godziny 16, kiedy to trzeba było iść po dziecko do przedszkola 🙂 Polecam wszystkim młodym rodzicom takie małe szaleństwo, czułam się niesamowicie, jakby czas się cofnął o 10 lat. Zwłaszcza, że włożyłam spódnicę i obcasy, tak niepraktyczne, jeśli jest się gdzieś z dzieckiem.

A wracając jeszcze do dziecka mojego kochanego. Rozśpiewał się ostatnio bardzo (na pewno coś mu umknęło przez te tygodnie w przedszkolu), śpiewa „Przedszkolaczka”, o którym już pisałam, „Sto lat” (bo co chwila któreś dziecko ma urodziny), a ostatnio „Kotki dwa”. Nawet siedząc na kibelku sobie podśpiewuje 🙂

I moim zdaniem rozwija się bardzo ładnie, lepiej wymawia słowa, nabywa nowych umiejętności. Od września nauczył się (prawie) sam ubierać i rozbierać, korzystać z toalety, jeść bez wielkiego rozchlapywania. Mało? Na to wygląda. Ostatnio przedszkolanka mnie zgasiła (jak mały jeszcze chodził). Że ona pisze opinię kwartalną (czy jak to się tam nazywa) i dziecko powinno liczyć do pięciu, a synek pomija trzy! Chryste Panie, no coś strasznego! Liczy jeden, dwa, cztery, pięć, no wiecie co, na takim etapie rozwoju to skandal! Ale to akurat pryszcz. Jeden dzień nauki w domu i mały liczy do dziesięciu. Żaden problem, ani dla mnie, ani dla niego. Bardziej mnie zmartwiło to, co jeszcze mówiła. Że mały jest nerwowy i ambitny i gdy mu coś nie wychodzi, strasznie się denerwuje i nie można się z nim wówczas dogadać. To akurat dobrze wiem i znam z domu. Tylko wstrząsnęło mną, jak babka powiedziała, że inne dzieci tak nie robię i moje dziecko odstaje od grupy. To zabolało. I zmartwiło mnie bardzo. Przedszkolanka poradziła wizytę u psychologa szkolnego. Bo gdy np. dzieci mają przebrać się na gimnastykę, to mały od razu płacze, bo wie, że nie zdąży się przebrać, a nie zdąży, bo nie trafi nogą w nogawkę i się wkurzy i rozhisteryzuje i wpadnie w panikę, bo inne dzieci już będą wychodzić z sali a on jeszcze nieprzebrany.

Wiem, że one (przedszkolanki) są tylko dwie, a dzieci dwadzieścioro parę. I nie ma czasu się każdym ekstra zająć. Z drugiej strony – to tylko trzylatki. Nie jest normalne, że się złoszczą i histeryzują? I nie zachowują się jak żołnierze w jednostce? To było bardzo przykre słuchać, że moje dziecko jako jedyne takie sprawia kłopoty. Bo wiem, że jak mu powiedzieć jasno i wyraźnie, że ma zdjąć czy włożyć spodnie, to on to zrobi i zwróci uwagę na właściwą nogawkę, tylko zajmie mu to trochę czasu. Czy to takie dziwne u trzylatka?

Na razie wizyta u psychologa się oddaliła, bo mały choruje i nie mam na to głowy. Ale temat pewnie wróci…

Wiedziałam, że tak będzie

Wiedziała, kur…ka, że tak będzie. Że mężydło w delegacji, ja – pierwszy dzień do pracy, a mały w przeddzień usnął przed 22 dopiero, a zanim usnął, co 2 minuty czegoś chciał, krzyczał, płakał i się złościł (na przykład – drze się, że chce książeczkę do łóżka, ponieważ jest unieruchomiony przez te pieprzone ortezy, daję mu książeczkę, wychodzę z pokoju, po minucie słyszę, jak książeczka spada na podłogę – nie sama rzecz jasna – i słyszę kolejną prośbę o kolejną książeczkę lub o saksofonik lub o coś jeszcze innego; jeśli ignoruję krzyki małego, narastają nie do zniesienia). Na początku września zasypiał jak aniołek, wymęczony zapewne nowościami związanymi z przedszkolem, teraz tak nabiera wigoru wieczorami, że szlag mnie trafia, bo chciałabym w końcu usiąść z herbatą i nogami na ławie, a nie latać jak głupol do księciunia.

No więc wczoraj wieczorem było apogeum krzyków małego, że nie chce spać i mojego gderania, że ma już być cicho i że setny raz nie będę mu czytać „Kataru” Brzechwy. W końcu padł, zaraz potem ja, ale co z tego – 3 w nocy, słyszę, jak woła. Idę, poprawić kołderkę chce. 3:20 znowu coś. W końcu o 4 marudzi, że chce do mnie do łóżka. O tej porze zgadzam się na wszystko, nawet jakby chciał bombę atomową odpalić.  Ostatecznie usypia u mnie, ja wściekła przewracam się z boku na bok. Godzina 7 – budzik. Wstaję, mały nic. Zapalam światło, ubieram się. Mały nic. Oczywiście – śpi jak zabity, bo się nie wyspał. Budzę go, księciunio nie w humorze, płacze, histeryzuje, że nie chce do przedszkola, chce spać i chce bajkę.

Ja się już w środku gotuję, tłumaczę mu oczywiście, uspokajam etc. równocześnie ubieram siebie i jego. Zazwyczaj idzie to dobrze, mały się sam lubi ubierać, bo lubi się chwalić, co już umie zrobić. Zazwyczaj chętnie je rano kaszkę lub mleko z płatkami. Zazwyczaj jako tako myje zęby, szybko wkłada buty, kurtkę i idziemy. Ale nie dziś! Nie chce się ubierać, śniadania nie je, o zębach nie ma mowy, ryczy czerwony i zasmarkany. Ze strachem chcę mu zmierzyć temperaturę (jeszcze tego by mi brakowało), pierwszy raz muszę z nim walczyć, żeby włożyć termometr do ucha. Całe szczęście nic nie wyszło, nie ma zmiłuj, ciągnę małego na dwór. A ten całą drogę wyje „Nie ce do przeckola!!!”. Upociłam się jak górnik czy inny hutnik. W szatni masakry ciąg dalszy, potem ciągnięcie do sali, tam odrywanie go od siebie… Gorzej niż pierwszego września. Wyczuł skubaniec, że się spieszę, czy jak??!

Zamiast przewidzianych 40 minut cała operacja zajęła mi ponad godzinę, bez śniadania, bez kawy, pognałam na tramwaj.

Jakoś poszło. Ale nie lubię tak. Cały dzień się martwię, jak zostawiam synka płaczącego. Taki jakby niesmak, nieprzyjemne uczucie zostaje w człowieku. W głowie mam obrazek zapłakanego małego, więc wydaje się, że przez cały dzień będzie się tak zachowywał. Potem panie mi mówią, że się rozkręcił i było dobrze, ale…

Moja nowa praca wymaga ode mnie dużego skupienia i przyswojenia wielu szczegółowych informacji. Będę się zajmowała ekspozycją produktów mojej firmy w kilku punktach w mieście. Trzeba dokładać, porządkować, robić wyprzedaże i promocje, wprowadzać nowe serie według wytycznych. Podoba mi się to, ale muszę się jeszcze wiele nauczyć, ryki małego z samego rana nie nastrajają mnie zbyt dobrze, całe szczęście w końcu wraca mężydło i weźmie na siebie trochę tego stresu…

PS do poprzedniego wpisu

Muszę oddać sprawiedliwość mojemu małemu potworowi. Nie całą, nie całą, spokojnie. Ale troszeczkę chyba tak, bo okazało się, że część tego przeokropnego marudzenia i dziamgolenia była spowodowana złym samopoczuciem. A mianowicie wczoraj mały obudził nas  o 6 rano kaszlem i świszczeniem przez zatkany nos, i płaczem do tego. Marudził tak do ósmej – ani nie spał, ani nie chciał wstać, ot, takie przepychanki w łóżku (bo oczywiście wpakował się do nas), kuksańce w plecy, płakanie, memłanie i maksymalne matki wkurzanie (bo mąż jakoś tak na skraju się ułożył i udawał, że jego cała ta akcja pt. jestem bardzo chory i biedny i muszę zwrócić na siebie maksymalną uwagę) nie dotyczy.

Czy trochę mniej się teraz złoszczę na to wijące się na podłodze rozhisteryzowane biedactwo (reakcja na odmowę kolejnego ciasteczka, reakcja na wyłączenie bajek po godzinie oglądania, reakcja na… na wszystko)? Trochę mniej, ale żebym aż tak bardzo skruszała, to nie powiem, bo nie uważam, żeby trochę kataru i czerwone gardełko było dobrym wyjaśnieniem na zachowanie typu ‚księciuniu, któremu wszystko się należy i któremu nic nie wolno kazać’.

Spokojnie, nie jestem matką-monstrum, byłam z małym u lekarza, żeby wykluczyć ewentualne ukryte schorzenie powodujące np. fizyczny ból przy ubieraniu bluzeczki. Albo przy siusianiu – bo mały odmawia sikania niemal przez cały dzień, a raz, gdy w końcu namówiłam go do siadu na toalecie, wygiął się w połowie akcji w łuk, że on już nie chce, obsikał mnie i podłogę, a sam walnął się głową w ścianę. Super!!! Zna ktoś patrona od cierpliwości? Bo muszę wznieść modły.

Doktor osłuchała, zajrzała w uszy i gardziel, pomacała brzuch i nic nie stwierdziła, prócz czerwonego gardła właśnie, ale chyba każdy by miał czerwone, jakby darł się przy osłuchiwaniu stetoskopem jak obdzierany ze skóry. Na wszelki wypadek dała skierowanie na mocz i krew. Już zbadaliśmy, wyniki dobre, odpada więc np. zapalenie pęcherza, tłumaczące niechęć do sikania. Jest niechęć, ale bez wytłumaczenia i tyle.

Daję więc małemu zalecony ibuprom, witaminę C i psikam w gardło czymś przeciwzapalnym i modlę się, by objawy choroby jak najszybciej minęły wraz z maruderstwem, bo jak katar minie, a maruderstwo nie, to… Boże, nie wiem, co ja wtedy zrobię!!!

 

PS

Zawsze jednak może być gorzej – moja siostra obecnie przebywa w szpitalu z dwójką swoich dzieci, wycieńczonych po mega – za przeproszeniem – sraczce i wymiotach. Kroplówkują je już od kilku dni, ech… Co to się może przyplątać. Siostra wczoraj mówi do mnie tak: Niech każdy, kto gada bezmyślnie, że dwójkę dzieci łatwiej się chowa, niech sobie wyobrazi, czym jest opieka nad taką dwójką, gdy zachoruje. Bo przy jednym to już koszmar.