PS do poprzedniego wpisu

Muszę oddać sprawiedliwość mojemu małemu potworowi. Nie całą, nie całą, spokojnie. Ale troszeczkę chyba tak, bo okazało się, że część tego przeokropnego marudzenia i dziamgolenia była spowodowana złym samopoczuciem. A mianowicie wczoraj mały obudził nas  o 6 rano kaszlem i świszczeniem przez zatkany nos, i płaczem do tego. Marudził tak do ósmej – ani nie spał, ani nie chciał wstać, ot, takie przepychanki w łóżku (bo oczywiście wpakował się do nas), kuksańce w plecy, płakanie, memłanie i maksymalne matki wkurzanie (bo mąż jakoś tak na skraju się ułożył i udawał, że jego cała ta akcja pt. jestem bardzo chory i biedny i muszę zwrócić na siebie maksymalną uwagę) nie dotyczy.

Czy trochę mniej się teraz złoszczę na to wijące się na podłodze rozhisteryzowane biedactwo (reakcja na odmowę kolejnego ciasteczka, reakcja na wyłączenie bajek po godzinie oglądania, reakcja na… na wszystko)? Trochę mniej, ale żebym aż tak bardzo skruszała, to nie powiem, bo nie uważam, żeby trochę kataru i czerwone gardełko było dobrym wyjaśnieniem na zachowanie typu ‚księciuniu, któremu wszystko się należy i któremu nic nie wolno kazać’.

Spokojnie, nie jestem matką-monstrum, byłam z małym u lekarza, żeby wykluczyć ewentualne ukryte schorzenie powodujące np. fizyczny ból przy ubieraniu bluzeczki. Albo przy siusianiu – bo mały odmawia sikania niemal przez cały dzień, a raz, gdy w końcu namówiłam go do siadu na toalecie, wygiął się w połowie akcji w łuk, że on już nie chce, obsikał mnie i podłogę, a sam walnął się głową w ścianę. Super!!! Zna ktoś patrona od cierpliwości? Bo muszę wznieść modły.

Doktor osłuchała, zajrzała w uszy i gardziel, pomacała brzuch i nic nie stwierdziła, prócz czerwonego gardła właśnie, ale chyba każdy by miał czerwone, jakby darł się przy osłuchiwaniu stetoskopem jak obdzierany ze skóry. Na wszelki wypadek dała skierowanie na mocz i krew. Już zbadaliśmy, wyniki dobre, odpada więc np. zapalenie pęcherza, tłumaczące niechęć do sikania. Jest niechęć, ale bez wytłumaczenia i tyle.

Daję więc małemu zalecony ibuprom, witaminę C i psikam w gardło czymś przeciwzapalnym i modlę się, by objawy choroby jak najszybciej minęły wraz z maruderstwem, bo jak katar minie, a maruderstwo nie, to… Boże, nie wiem, co ja wtedy zrobię!!!

 

PS

Zawsze jednak może być gorzej – moja siostra obecnie przebywa w szpitalu z dwójką swoich dzieci, wycieńczonych po mega – za przeproszeniem – sraczce i wymiotach. Kroplówkują je już od kilku dni, ech… Co to się może przyplątać. Siostra wczoraj mówi do mnie tak: Niech każdy, kto gada bezmyślnie, że dwójkę dzieci łatwiej się chowa, niech sobie wyobrazi, czym jest opieka nad taką dwójką, gdy zachoruje. Bo przy jednym to już koszmar.

Reklamy

Jak tu chorować przy dziecku?

Czy można umrzeć na katar? Pewnie nie, ale tak się właśnie czuję… Katar od 5 dni mam taki, że prawie nie wiem, jak się nazywam. Łeb boli jak na największym kacu, a że przy dziecku się raczej od kaca człowiek odzwyczaja, tym trudniejsze jest me położenie. Boże, chcę tylko leżeć pod kołdrą z zapasem chusteczek (wróciłam do chustek po tym, jak zamieniłam je na rolki papieru, wychodziło ekonomiczniej i bardziej poręcznie, ale jednak chusteczki okazały się delikatniejsze na mój zbolały nos) i nie robić NIC.

Jak człowiek chory, to ogłasza dookoła: Dajcie mi wszyscy święty spokój, nie oddzwaniam, nie wychodzę, nie robię. I ludzie to rozumieją, chodzą na paluszkach i nie namawiają na wypad na narty. Ale mały oczywiście ma głęboko w nosie (czyli tam, gdzie ja mój katar), że mama jest otępiała, przygłucha i zmęczona ciągłym sączeniem się wydzieliny przerywanym serią kichnięć. A że nie wychodzę z nim na dwór od kilku dni, jest tym bardziej marudny i spragniony przeróżnych zabaw, które mam wymyślać i wcielać w życie. Im więcej wariowania, skakania i turlania się po łóżku, tym lepiej. Jeśli stawiam veto, muszę znosić jęczenie, ciąganie za rękę i łzy. To prawdziwa tortura – musieć zajmować się dzieckiem, podczas gdy samej mi się marzy zachowywać jak dziecko. Nie wiem, ile jeszcze pociągnę…

A za oknem wiosna. Niebieskie niebo, słoneczko wspaniałe, jak na złość. Jak to możliwe, że kilkaset kilometrów dalej ludzie nie mogą wyjść z domu, bo śnieg zasypał drzwi?? Widocznie naprawdę mamy Polskę A i Polskę B…

Frida, leżaczek, kapturek… plus słów kilka o schizofrenii…

Nowy rok witamy z fridą w ręku, niestety. Mały od trzech dni ma katar i do tego brzydko kaszle, z mokrym akcentem, że tak powiem. Jeden katar już przeżyliśmy jakiś miesiąc temu, ale wtedy nie było tego charczącego kaszlu a’la gruźlik, więc poszłam wczoraj do lekarza. Doktor najpierw wspomniała coś o antybiotyku, bo mały zarzęził bardzo rasowo na powitanie, potem jednak, po osłuchaniu, zaleciła zmasowany atak na gluty pod postacią witaminy C, wapna, Nasivinu i, przede wszystkim, fridy. Mały nie cierpi tego szwedzkiego wynalazku i jak tylko widzi, że zbliżam się z rurką, zaczyna wrzeszczeć co sił w płucach. Będzie z niego kiedyś dobry wokalista rockowy (jeśli rock nie będzie dead za kilkanaście lat) albo chociaż porządny kibic… Dziś idziemy do kontroli, mam nadzieję, że lekarka stwierdzi progres w walce z glutami.

Muszę przyznać, że nic tak dotąd nie dawało mi poczucia dorosłości, jak wizyty u lekarza z małym. Nie odebranie pierwszego dowodu osobistego, nie upicie się tequilą, nie powrót o piątej nad ranem do domu, nie kotłowanie się w pościeli bynajmniej nie samotne, ale właśnie przyprowadzenie swego dziecka do doktora. Lata temu to moja mama prowadzała mnie kaszlącą i zasmarkaną do przychodni dziecięcej, teraz to ja jestem w roli prowadzącej. Kiedy minął ten szmat czasu? Myślę, że jeszcze nie raz będę miała to dziwne poczucie wchodzenia w rolę matki. W ten schemat, że mama to jest ta, która całuje guza na czole, żeby mniej bolał, ta, która pozwala bawić się w piaskownicy, ta, która po dobranocce mówi „czas do łóżka” (nie wychodzę wyobraźnią dalej niż kilka lat wprzód…). Będę to wszystko robić i pewnie kiedyś stanie się to dla mnie naturalne. Jak na razie jednak cały czas czuję się nieco rozdwojona na tę siebie, którą byłam od wielu lat i na matkę swojego dziecka… Ot, taka niegroźna schizofrenia.

Jako matka mojego dziecka mogę nawet podzielić się kilkoma radami z innymi mamami. W końcu mam już prawie pięciomiesięczny staż! 🙂

Primo, z całego serca radzę na pierwsze miesiące zakupić tzw. leżaczek, nieoceniony, kiedy potrzebne są wolne ręce, a nasz mały odmawia spokojnego leżenia w łóżeczku. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tego siedzonka, a mój mąż w ogóle się zezłościł, że przybył nam, cytuję, „jeszcze jeden grat”. Zwłaszcza, że mieliśmy dodatkowy fotelik samochodowy. Leżaczek okazał się być jednak o wiele wygodniejszy. Mają te ustrojstwa różne funkcje ratujące życie matkom, tzn. grają melodyjki, wibrują… Jednym słowem – na chwilę odwracają uwagę dziecka od rodzicielki, w związku z czym może ona pójść w spokoju zrobić siku albo nawet się uczesać. Sadzałam w takim leżaczku małego niemal od pierwszych dni i sadzam do tej pory. Młody ma szerokie pole do obserwacji, zabawki na pałąku, muzyczkę i wibracje na tyłek. Czegóż chcieć więcej przez dziesięć do piętnastu minut? 😉 Poza tym takie siedzisko świetnie się sprawdza przy karmieniu łyżeczką, kiedy młody nie nadaje się jeszcze na krzesełko.

Inna praktyczna rzecz, też początkowo uznana przeze mnie za fanaberię, to ręcznik z kapturkiem. Kupiłam zwykłe duże ręczniki, ale… nie zdały egzaminu. Rzeczywiście bardzo korzystnie jest nałożyć taki kapturek na głowę małemu po kąpieli na czas wycierania reszty ciałka. Takie ręczniki są poza tym kwadratowe, co ułatwia dokładne opatulenie. Radzę kupić jak największe! Te małe bardzo szybko stają się ZA MAŁE.

Niewypałem okazała się natomiast poduszka do karmienia. Miałam nadzieję, że ułatwi mi sprawę przystawiania synka do piersi. Nabyłam taką długą, którą można się owinąć i na niej ułożyć dziecko, jednak tylko pod warunkiem, że jest to małe dziecko. Gdy mój synek podrósł nieco (tak około 2 miesiąca), przestał się na niej mieścić po prostu, i wszerz, i wzdłuż. Teraz poducha spełnia się jako podpórka do pleców na kanapie, jest wypełniona granulatem, więc pod względem dopasowania się do ciała jest bardzo wygodna. Może przyda się jeszcze za jakiś czas małemu do zabawy.

Z praktycznych i tanich przedmiotów polecam zwykłe pojemniki na mocz. Tak, tak… Mówiła nam o nich położna w szkole rodzenia i faktycznie sprawdziły się w wielu funkcjach. W pierwszych dniach trzymałam w takim kubeczku rozrobiony spirytus do pępka i w drugim przegotowaną wodę do przemywania buzi. Oczywiście pojemnik ze spirytem podpisałam wołami… 🙂 Teraz wykorzystuję je jako pudełka na smoczki oraz jako podręczny pojemnik na mleko w proszku – kiedy gdzieś wychodzę.

A teraz mały hard core – od pierwszych dni obcinam małemu paznokcie zwykłymi nożyczkami do paznokci dla dorosłych. Tyle się nasłuchałam i naczytałam o kichowatych nożyczkach dla niemowląt, nienadających  się do obcięcia czegokolwiek, że nawet ich nie kupowałam. Początkowo czaiłam się na pazury młodego jak spał, teraz tnę nawet wtedy, gdy jest na chodzie, kwestia unieruchomienia rączki na kilka sekund na każdy paznokietek. Nie muszę chyba wspominać, że żadnych niedrapek nie stosowałam? Paznokcie trzeba obcinać, i tyle.

To tyle z kategorii matka-dobra rada 🙂

 

PS

Notkę tę produkowałam prawie przez pięć godzin… Młody kiepsko śpi z zatkanym nosem…