Po wakacjach

Już po lecie, po wakacjach, po urlopie… Ledwo weszliśmy w rytm praca-przedszkole, mały się rozchorował. Angina again. Nawet tygodnia do przedszkola nie pochodził. Marne pocieszenie, ale zawsze, jak to powiedziała lekarka, lepsza angina niż zapalenie uszu. Hmm… OK, ale czy naprawdę muszę poznać wszystkie antybiotyki dla dzieci dostępne na rynku?

Z milszych tematów – wakacje były bardzo udane, ponownie odwiedziliśmy Kretę i niewykluczone, że wybierzemy się tam znowu, jak dla mnie – choćby jutro. Trzęśliśmy się o małego przez cały pobyt, ilości leków, jakie miałam ze sobą, mogłaby mi pozazdrościć niejedna apteka, synek postraszył nas jedynie kilkudniową chrypą, ale tak ją zaatakowaliśmy miodowym syropem, antyseptycznymi lizakami, Argentinem i ibupromem, że poszła precz. A mały mógł dalej szaleć – nauczył się pływać w rękawkach (których to sobie do tej pory nie pozwalał założyć) i śmigał w basenie na pełnych głębokościach, a w morzu rzucał się na fale wyższe od niego ze 3 razy (taki urok wiatrów na Krecie).

Poniżej to zamazane coś w wodzie to moje dziecko 🙂 Tuż po zjeździe ze zjeżdżalni-węża 🙂 TO dziecko, które rok temu ani razu nie weszło na wczasach do basenu 🙂

Tu radocha pod grzybkiem 🙂

A takie wynalazki widziałam u niektórych dzieci na plaży. Nie wiem, czy coś takiego dotarło już do Polski, ale po pierwsze dla mnie to leciutka przesada (zwłaszcza, że mama i babcia tej akurat dziewczynki stały nad nią cały czas jak czaple), po drugie dziecko wygląda w tym jak terroryst(k)a z Afganistanu… Czy raczej jak jego/jej parodia… I śmieszno, i straszno.

Na koniec cykada, która udaje, że jej nie ma – otóż całe drzewo huczy od jej cykania (i jej koleżanek, i kolegów), ale gdy tylko się do takiego drzewa zbliżyć, robi się cicho… Na chwilę 🙂

Reklamy

Jeszcze o Krecie parę uwag

Ponieważ za nami weekend, zapowiadany przez pogodynki jako prawdziwie letni i słoneczny (a w sobotę było tak pochmurno, że w mieszkaniu musiałam palić światło, natomiast w niedzielę z parku wygonił nas deszcz), że pozwolicie Państwo, iż jeszcze parę słów o Krecie napiszę.

Nota bene, jak przylecieliśmy tam na początku czerwca w środku nocy, też padało. I raz podczas całego pobytu był półgodzinna burza. Jednak z dnia na dzień temperatura rosła, myślę, że w lipcu będą tam błagać o kropelkę deszczu.

Nasze biuro podróży oferowało kilka wycieczek w różne miejsca Krety lub poza nią, na okoliczne wyspy. My zdecydowaliśmy się na Santorini i laguny Balos i Gramvousy. Szkopuł był jednak taki, że kiedy reklamuje się takie miejsca, pokazuje się zdjęcia bez ludzi. Cudowna biała architektura Santorini, niebieskie dachy, ślicznie. Albo te laguny – biały piaseczek, turkus wody, cudo, raj po prostu. Naiwny człowiek widzi od razu oczami wyobraźni siebie kontemplującego w ciszy i spokoju te piękne widoki, te cudowności architektury bądź przyrody…

Santorini z folderów:

A tak naprawdę…

Laguna z folderu:

Laguna po naszym przybyciu:

Owszem, wszystkie te opisywane przez rezydentkę śliczności są, gdy się już do tych miejsc dotrze. Niestety, razem z nami przybywa na miejsce kilkaset innych osób. I tak naprawdę widać przede wszystkim tłum. I to bolało… Santorini bolało trochę mniej, bo jednak ludzie w mieście to rzecz naturalna. Trudno – mieszkają tam albo przypłynęli z nami wielkim promem i najechali autobusami, przebrzydli turyści. Upał, tłok, ciasno… Trudno zrobić ładne zdjęcie, bo ciągle ktoś łazi. Wycieczki, sprzedawcy zachwalający towar, pary młode (sesje na wyspie są bardzo modne, przez 2 godziny widziałam 3 pary młode; to wielkie poświęcenie, żar z nieba, a oni w garniturach, a one w halkach i falbanach… Tylko szpilki w rękach, a na nogach japonki, bo co chwila schodki, kamieniste chodniki etc.). Ale jak napisałam, można zrozumieć i westchnąć. Ot, jak w Dubrowniku, też upał i tłok, ale pięknie.

Natomiast tłumy zalewające laguny bolały mnie bardzo. Zanim statek podpłynął do brzegu – było ślicznie. Ale kiedy wszyscy się wysypali, z torbami, ręcznikami, parasolami… Serce się ścisnęło z żalu. I od razu pojawiły się marzenia w stylu – jakbym była milionerką, podpłynęłabym tu prywatną łodzią, tak żeby nas było tylko kilkoro, a wokół cisza i piękno… Gdzieś nawet ktoś bezczelnie napisał, że na tych lagunach można zobaczyć żółwie. Ależ owszem, oczywiście! Siedzą i czekają, aż wszystkie 1500 osób zrobi sobie z nimi zdjęcie!

Inne nieprzyjemne niespodzianki turystyczno-wczasowe to… komary. Przypominam – byłam na Krecie, nie w Giżycku. Coś tam widziałam na forach na ten temat, ale jedni pisali, że są, inni, że nie, a mnie samej wydawało się nieprawdopodobne, żeby nad brzegiem morza coś mi brzęczało przy uchu. Załatwiając wczasy w biurze, spytałam się babki o te komary. Popatrzyła na mnie tak, jakbym pytała, czy można tam jeździć na sankach. Położyłam uszy po sobie. I co? I kurka nas jak nas, ale małego zgryzły strasznie. I wszystkie dzieciaki chodziły tam w bąblach. A sklepowe półki uginały się od różnych specyfików antykomarzych, wyglądało to na niezły biznes (fotki z różnych sklepów):

Nie wiem, gdzie one się tam lęgły. Wyschnięte koryto rzeki mówiło samo za siebie – nie ma tu wody innej niż morze! A jednak. W dodatku słabo działały na nie te wszystkie spraye i wtyczki. Małemu robiliśmy nad łóżeczkiem baldachim z prześcieradła, bo jakoś najbardziej jego chciały gryźć. Na ścianach zostawiliśmy kilka krwawych plam, a co – niech załatwią jakieś odkomarzanie czy co.

Numer małego na wczasach

Ech, na Krecie było tak fajnie, że aż nie mogłam się przemóc, by tu o niej pisać… Bo mi żal, że to już przeszłość… Szczerze mówiąc, jeszcze zanim zdążyliśmy rozpakować toreb, a już zaczęliśmy planować powrót w to samo miejsce. Bo opłacało się wcześniej grzebać kilka godzin w necie – wybrałam taki hotel i w takim miejscu, że nie było na co narzekać (nawet ja – JA! – nie znalazłam nic, by pomarudzić!). Plaża była dwie minuty drogi z hotelu i była piaszczysta – o co na Krecie trudno. Przy hotelu był świetny plac zabaw, a obok placu milutkie miejsce ze stolikami, gdzie – zerkając na małego – popijaliśmy kawę, piwko, drinki… Oba miejsca były zadaszone, od morza wiał wiaterek, więc upał zupełnie nie przeszkadzał. Oglądałam kilka innych hoteli w okolicy i uważam, że nasz miał najlepiej przemyślaną kwestię pt. „co by tu robić z dzieckiem, kiedy słońce praży, a nie chcesz siedzieć w hotelu”.

Bo oczywiście prawie całe wczasy planowaliśmy pod kątem dzieciara. Żeby nie trzeba było z nim daleko chodzić nad morze. Żeby zejście do wody było łagodne jak do Bałtyku. Żeby nie było daleko z lotniska (jak najmniej jechania po przylocie). Plac zabaw przy hotelu. I tak dalej. I prawie nam się udało to wczasowanie z małym, gdyby nam pod koniec nie wywinął numeru i nie zachorował… Najpierw, za przeproszeniem, zarzygał całą łazienkę, potem łóżeczko, a gdy wzięliśmy go do siebie (2 w nocy…), by je wyczyścić, zabrudził jeszcze nasze łóżko. No po prostu świetnie.

Nazajutrz myśleliśmy, że już po strachu, sprzątaczka posprzątała, mały marudny, ale już nie tryskający na lewo i prawo, ot – zatruł się albo brudne paluchy wziął do buzi. I myśleliśmy, że TO była ciężka noc. Podczas kolejnej myślałam, że się wykończę. Ze strachu, paniki i ze zmęczenia. Synek dostał wysokiej gorączki, dawałam mu paracetamol przywieziony z Polski (na wszelki wypadek!), przykładałam zimne okłady, co chwila mierzyłam temperaturę, ale efekt był taki, że o czwartej rano termometr pokazał 39,9, a ja poczułam, że zaraz zejdę na zawał. Zanieśliśmy go z mężem pod prysznic, mały wykazywał wyjątkową jak na okoliczności żywotność, wyrywał się i darł, jak obdzierany ze skóry, za długo więc nie dało się go tak chłodzić. Gorączka trochę się obniżyła, ale rano od razu wezwaliśmy doktora.

Przyszedł grubawy facio w koszulce polo. Kwadratowym angielskim stwierdził, że ucho jest „very irritated” i gardło też jest „irritated” i ogólnie „too much ice cream”. Czyli jednak żadne zatrucie. Cóż… Mały dostał swój pierwszy antybiotyk w życiu (jak już brać antybiotyk, to na Krecie!), krople do ucha etc. Oraz zakaz wychodzenia na dwór… Który to zakaz szybko złamaliśmy, bo mały po pierwszych dawkach leków dostał takiego wigoru (halo, jestem już zdrowy, zobaczcie!), że usiedzieć z nim w jednym pomieszczeniu przez 4 dni było po prostu niemożliwością. Jednak przystopowaliśmy ze zwiedzaniem, nie było wyjścia, choć planowaliśmy jeszcze sporo zobaczyć.

Całe szczęście przed chorobą małego zdążyliśmy zrobić sobie całodzienną wycieczkę wypożyczonym autem, być na dwóch organizowanych wycieczkach z biura podróży oraz w ogóle aktywnie spędzić czas, czy to spacerując po okolicy, czy to chlapiąc się w morzu. Kreta jest piękna i różnorodna, w co drugiej wiosce są ruiny sprzed setek lat albo chociaż wiekowe drzewa oliwne i cudne kościółki. Ludzie są mili, jedzenie pyszne, pogoda – sami wiecie, taka jak na wczasach być powinna. Zobaczyliśmy jedynie fragment tej pięknej wyspy, z okolicznych byliśmy „tylko” na Santorini, więc po prostu czujemy, że tam TRZEBA wrócić.

Następny wpis też o Krecie.