Trochę niusów

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku 😀

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

Reklamy

Infekcje i inne atrakcje

Dawno mnie tu nie było. Zniechęcałam się na samą myśl, że znowu mam pisać o tym, że mały jest chory. Bo był, raz i chwilę potem jeszcze raz. Rekord chodzenia do przedszkola: 6 dni, czyli poniedziałek-piątek i jeszcze poniedziałek. Wow! A we wtorek rano klasyk – gorączka, katar. A mieliśmy akurat wizytę u okulisty, umówioną rok (!) wcześniej. Poszliśmy, ale nie był to zbyt fortunny pomysł. Mały był marudny i przesadnie przestraszony, czyli nie chciał patrzeć w te wszystkie urządzenia badające wzrok. Poszło jako tako, w marcu mamy powtórzyć wizytę, bo doktor nie była do końca pewna, jak interpretować wyniki.

Ale co tam okulista. Dwa razy zaliczyliśmy już laryngologa, raz prywatnie niestety, ale za to porządnie, z kamerkami w uchu, nosie i gardle, wizyta 40 minut. Można? Można, ale za 140 zł. Ciekawostka – mały ma rozdwojony języczek, tj. to co zwisa w gardle i zazwyczaj ma kształt stożka. A jednak mały diabełek 🙂

Z poważniejszych rzeczy – powiększony trzeci migdał. To przez niego synek sapie, oddycha przez buzię i pewnie łatwiej łapie infekcje. Długo nie dało się ustalić, czy migdał jest sobie powiększony i stąd te wszystkie historie czy tez może to choroby powodują powiększenie. Co wypadała nam wizyta, na której miało to zostać określone, mały łapał jakieś przeziębienie i znowu była zagadka, co było pierwsze. Ostatecznie jednak chyba od migdała się to wszystko zaczyna. Dodatkowo wymaz z nosa wskazał na streptokoki. Dostałam recepty na milion różnych specyfików, 3 różne syropy, dwa rodzaje kropel, antybiotyk w maści, sprej do nosa i szczepionka na te bakterie. Rozpiska jak to wszystko podawać była czytana niemal jak biblia.

Ostatnia kontrola wyszła nienajgorzej. Teraz mamy próbować z otoventem – taki balonik do dmuchania nosem, dla usprawnienia/przetkania uszu. Nie palę się do kupna tego wynalazku, bo znam moje dziecko i jego opór przed takimi nowinkami, nic nie pobije oczywiście „niebieskich bucików”, ale łatwo pewnie nie będzie. I znowu kontrola i decyzja, czy w przyszłości koniecznie trzeba małemu jednak wyciąć ten migdał. Bez komentarza.

Jakimś cudem udało się nam między tymi wszystkimi infekcjami pojechać do Karpacza, żeby dziecko choć raz zobaczyło śnieg i zjechało na sankach. Cała wyprawa się oczywiście z tego zrobiła, a kulminacyjnym punktem było (miało być) przyprowadzenie małego na górkę (po wniesieniu opłaty oczywiście), z której zjeżdżają uradowane dzieciaki na sankach i innych pojazdach typu plastikowy skuter czy dmuchana opona. Wszystko dostępne na miejscu, nic tylko piszczeć z uciechy. A więc jest super górka, jest śnieg, dzieciaki też, wszyscy się cieszą, pogoda jak na zamówienie, lekki mróz i słońce. Wszystko dla syncia. I co syncio na to? Po ponad dwóch godzinach jazdy w aucie i klepaniu mu do głowy, jak to super będzie na sankach? Mój syn stanął sobie z boku, tyłem do górki i przez pół godziny jedyne, co miał nam do powiedzenia to: „Ja chcę do domu”. No żesz kurna chata. Na kolanach go prawie błagaliśmy.

Syneczku, chodź, zobacz, jakie sanki, ile dzieci, jaki śnieg, zjedziesz z mamą/tatą/ciocią/wujkiem/kuzynem/kuzynką (bo wszyscy się na górkę stawili). NIE. Zjedziesz na skuterku, na oponie, na jabłuszku. NIE. Tu tak troszeczkę, mama cię pociągnie. NIE. Tatuś pociągnie. NIE. Zobacz, jakie sanki fajne, te z oparciem, te bez. Usiądź tylko na chwilkę. NIE, JA CHCĘ DO DOMU.

Witki opadają, powiedzcie sami. Przypomniało mi się tam na stoku wtedy, jak kiedyś zaprowadziliśmy małego do małpiego gaju, wnieśliśmy opłatę, a jakże, każdy kolejny kwadrans płatny, a mały gówniarz nagle z rozochoconego i „mama ja chcę” zmienił postawę o 180 stopni, zaczął wyć i było „mama, ja nie chcę”. Też było namawianie, uspokajanie i tłumaczenie. Kiedy już całkiem zrezygnowana zaczęłam mu wkładać zdjęte do dzikich harców buty, w końcu się odblokował i ostatecznie trudno było go stamtąd wyciągnąć.

No i z tymi sankami było podobnie. W końcu W KOŃCU!!! dzięki Ci Panie!!! wyraził ochotę zjechania. Ach, co to była radość!!! Już nie wiem, kto cieszył się bardziej, my czy mały…

Przypomniało mi się jeszcze coś. Na Krecie przez dwa tygodnie mały nie wszedł do hotelowego basenu. Nie i koniec. Chlapał trochę nogami przy brzegu i tyle. A syneczku, a kółeczko dmuchane, piłka, makaron, materac… NIE. No to nie, odpuściłam, bo sama za basenami nie przepadam i sto razy bardziej wolę kąpać się w morzu. Co jednak nie zmienia faktu, że mały ma swoje widzimisię i jest jak najbardziej daleki od owczego pędu. I długo oswaja nowinki. Kalkuluje, ocenia i podejmuje decyzję po rozważeniu różnych argumentów (serwowanych mu przez mamunię i tatunia, oczywiście). Wada to czy zaleta? Zależy jak patrzeć. Jako postępowanie w życiu? Jak najbardziej, rozsądek i chłodna głowa. Ale z drugiej strony – przez pół godziny obczajać zjazd na sankach? Hmm…

PS

Żeby nie było, że to tak tylko moje dziecko choruje – w przedszkolu odwołali pasowanie na przedszkolaka, bo frekwencja taka, że nie było kogo pasować…

I bądź tu mądry

Parę dni temu byliśmy u lekarza. Mały bilansik + ostatnie (czwarte) szczepienie na pneumokoki. 290 zł poooszłoooo! Dobrze, że to już koniec, dobrze, że jako tako nas na to stać. Mamy spokój ze szczepionkami przez najbliższe kilka lat.

Na wizytę wzięłam ze sobą męża, bo pamiętam, co mały ostatnio wyprawiał. Wielki chojrak w domu, nawet wśród obcych, w gabinecie pani doktor zmienia się w płaczące nieszczęście walczące o wolność. Do tego strasznie silne, więc mąż jest niezbędny, żeby gościa przytrzymać przy badaniu. Osłuchanie plecków to było kręcenie się w kółko, bo mały za żadne skarby nie chciał spuścić doktorki z oka. O, dziwo, ważenie poszło dobrze, jakimś cudem synek przez kilka sekund trwał na wadze bez ruchu. I wyszło szydło z worka, mój ból pleców ma solidne uzasadnienie – 13,13 kg. Z gardłem poszło gładko, bo mały się po prostu darł, więc buzia była szeroko otwarta. Wzrost musieliśmy zmierzyć sami, pani doktor się schowała za biurko, dzięki czemu synek zgodził się stanąć przy centymetrze i wyszło 82 cm. Całkiem więc pokaźny chłop z tego naszego małego.

Nie wiem, czemu synek aż tak panicznie reaguje na lekarkę, pani jest bardzo miła, ta sama od jego pierwszej tam wizyty, ma kolorowe zabawki i ciemne włosy jak mama. No nic, trudno. Nie przemówię mu teraz do rozsądku.

Teraz inne aspekty wizyty: pierwszy raz mam wątpliwości, czy pani doktor nie jest nadgorliwa. Mam dylemat, bo jeśli ma rację, to ja nie mogę czegoś nie dopilnować. Z drugiej strony…

Po pierwsze, lekarka bardzo przeżywa wygięte nóżki małego. Nie są jakoś specjalnie pałąkowate. Kilka miesięcy temu oglądał je ortopeda, a były wtedy bardziej wygięte i powiedział, że jest OK, normalny fizjologiczny rozwój. Taka szpotawość jest normalna do drugiego roku życia. O taki rozstaw bioderek walczyliśmy, pieluchując szeroko małego przez jakieś pół roku. A teraz nagle doktor każe nam przyjść znowu za dwa miesiące, bo szpotawość, bo okrągłe. Spytałam wprost – czy powinien mieć teraz proste nogi jak dorosły? No, nie, absolutnie. Więc o co chodzi? O kontrolę. No ok. Mamy kupić solidne kapcie, chociaż niektórzy specjaliści zalecają bieganie w skarpetach, a więc dwie skrajności. Hmm…

Druga rzecz – mały ma otwartą buzię dość często. Jakiś rok temu sprawdzaliśmy to u laryngolog i nic niepokojącego nie znalazła. Do tej pory doktorka nie zwracała na to uwagi. Teraz nagle każe nam zrobić badanie kamerką wprowadzaną przez nos, by sprawdzić, czy trzeci migdał nie jest za duży. Najlepiej prywatnie, bo na NFZ się czeka. Jak pomyślę o takim badaniu u małego, to MNIE się słabo robi. Gdy pomyślę, że paznokcie obcinam mu tylko, jeśli mąż trzyma mu rączki i nóżki, a katar mogę odciągnąć fridą tylko, jeśli niemal sama się na małym położę, by unieruchomić go własnym ciężarem, bo inaczej wyrywa się, szarpie i kopie, to ja ten endoskop z kamerką widzę w nosie, ale u pana doktora, a nie u małego. Zostanie mu tam wepchnięty kopniakiem małą nóżką… Mam wątpliwości, czy coś takiego jest konieczne, wolę jeszcze sprawdzić na normalnej wizycie u laryngologa.

No i trzecia sprawa – siusiak. Już od dawna lekarka kazała odciągać napletek. Odciągaliśmy. Teraz mówi, żeby jeszcze mocniej to robić. I tu mam opory i wątpliwości – boję się, że coś naderwiemy. Że to nie jest konieczne, bo kiedyś tego nie robiono i było OK. Dlaczego właściwie lekarze każą to robić małym chłopcom, skoro dopiero w wieku 3-4 lat (jak czytałam) napletek SAM oddziela się od reszty. Mały nie ma żadnej wady, podejrzenia stulejki, kłopotów z siusianiem. W necie, książkach i prasie są prezentowane dwie przeciwstawne opinie:

1. Rozciągać napletek, bo mogę być potem kłopoty i trzeba będzie rozcinać chirurgicznie.

2. Nie rozciągać, w ogóle nie ruszać, bo można uszkodzić, zrobią się blizny i dopiero będzie problem.

No żesz kurna, zwariować można. Pytałam moją mamę i – tak jak myślałam – 40 lat temu nic podobnego nie robiła mojemu bratu i w ogóle się o czymś takim nie mówiło. Brat jest zdrowy i ma dwoje dzieci. Żadnych stulejek po drodze.

Wkurza mnie to rozdwojenie w medycynie. Nie wiadomo, komu ufać, kto ma rację, kto jest nadgorliwy, a kto się nie douczył. Ech…