Co znaczy „cito” wg NFZ?

Mały dostał skierowanie na, uwaga, wycięcie wyrośla adenoidalnego. Nie wiem, dlaczego lekarze tak komplikują życie rodzicom, nie dość, że bazgrolą na receptach, to jeszcze używają trudnych pojęć. Chodzi o trzeci migdał. Który pomimo tego, że mały od jakichś dwóch miesięcy nie choruje (juhu!) nie zmniejszył się (dziad!) i cały czas blokuje synkowi nos.

Miotam się i motam. Boję się całkowitego znieczulenia u dziecka. Ale ciągłe oddychanie przez buzię też nie jest dobrym rozwiązaniem, pomijając oczywiste infekcje w okresie jesienno-zimowym upośledza też rozwój podniebienia (ponoć robi się łukowe i zęby się tłoczą, i trzeba nosić aparat – wg mojej stomatolog, zaje…ście) i utrudnia prawidłową wymowę (byłam na rozmowie z logopedką w przedszkolu).

Nasz NFZ troszczy się o niezdecydowanych rodziców dając im duuuuuuużo czasu do namysłu. Duuuuuuużo. Jak mi powiedziano w jednym szpitalu – czas oczekiwania 800 dni, na cito – 80 dni. Chwilę mi zajęło przeliczenie, ileż to lat te 800 dni? Oczekiwanie na cito również mnie powaliło. Iście sprinterskie tempo.

Nie chcesz czekać? Cena zabiegu wykonanego prywatnie – 3000. Iście królewski rachunek.

Na razie możemy czekać, jak powiedziała laryngolog. No OK. Zobaczymy ile.

Reklamy

Dzisiejszy wpis sponsorują literki X i W

Niebieskie buciki. Tak mały nazywa ustrojstwo, jakie z polecenia lekarza zakładamy mu na noc. I zakładać mamy przez najbliższe 3 miesiące. Gdy usłyszałam werdykt doktora, mało z krzesła nie spadłam. Chodziliśmy do niego co pół roku na kontrolę, bo to najpierw bioderka nie były symetryczne i zakładaliśmy szeroką pieluchę, potem stopy do środka stawiał, a ostatnio w obserwacji były koślawe kolana, czyli mówiąc bardziej wizualnie nogi w iks. Zawsze jednak doktor jedynie zalecał dobre obuwie i ostatnio siadanie po turecku, a zakazywał siadu w literkę W, czyli tak jak dzieci siadają najczęściej i najchętniej, na kolanach z łydkami na zewnątrz.

Ostatnia wizyta nie skończyła się niestety jedynie na zaleceniach, lekarz dopatrzył się prócz koślawości również przeprostów i rzucił „Założymy szyny”, przez co mało się tam nie rozpłakałam. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to biegnący z metalowym ustrojstwem na nogach mały Forrest Gump. Po wyjściu z gabinetu długo debatowaliśmy, czy należy iść do innych ortopedów, żeby sprawdzić tę diagnozę. Doszliśmy jednak do wniosku, że to nic nam nie da. Bo co zrobimy, jeśli inny lekarz powie, że nie trzeba nic robić z nóżkami małego? Skąd wiadomo, kto ma rację? A jeśli za pół roku-rok będzie jeszcze gorzej, jeśli nie zrobimy nic? Doszliśmy do wniosku, że trzeba zaryzykować, zaryzykować łzy synka i jego niezadowolenie, bardzo nam go szkoda, ale trudno.

Ponieważ takie ortezy (łuski) wykonywane na miarę są refundowane przez NFZ, należało tam się udać z papierem od doktora, by uzyskać pieczątkę. Średnio sensowne to dla mnie było – skoro jest refundacja, to jest, mały jest ubezpieczony, pesel ma, wszystko doktor wpisał. Powinno być tak jak w aptece – idę po jakiś lek i – jeśli jest refundowany – to nic nie płacę albo płacę mniej. Ale nie może być tak prosto, jak widać. Prawie godzinę stałam z wydrukowanym numerkiem w enefzecie, w jednej z trzech kolejek do podbicia różnych zniżek czy refundacji – na okulary, protezy, takie tam. Oczywiście – nie mogło być inaczej!!! – gdy już weszłam z zatłoczonego korytarza do pokoju-raju, bo spokojnie, muzyczka gra i jest gdzie usiąść, okazało się, że lekarz – pierdoła – wpisał jakiś zły kod. Jakby babka była służbistką, to odesłałaby mnie do doktora po poprawiony papier. Całe szczęście zachowała się życiowo.

Z przypieczętowanym dokumentem poszliśmy „robić nogi”. Bałam się, że mały nie da sobie ich owinąć, ale nie, był spokojny. Technik nałożył kilka warstw żywicznego bandaża na nogę małego, zgiął ją pod odpowiednim kątem i chwilę odczekał, aż to to zastygnie. „Super” – pomyślałam sobie wtedy – „poszło gładko, mały leży i się uśmiecha”. No i zaczął się dżez… Bo jak ten bandaż zastygnął w skorupę, trzeba było go rozciąć. Jak facet zaczął ciachać, mały dostał szału. Wrzeszczał, że boli i pewnie trochę tak było, bo napinał nogę i wyrywał się, przez co nożyczki bardziej wpijały się w ciało. Trzymałam go ja, mąż i jeszcze jeden facet przybiegł do pomocy. A mały, jakby obdarzony nadludzką siłą, po prostu wyrywał nam się, wstawał z leżanki. To była masakra, rzeźnia. Jakbym w tym momencie weszła do tego sklepu i usłyszała takie wrzaski, po pierwsze bym zwiała, po drugie zawiadomiłabym policję o morderstwie ze szczególnym okrucieństwem.

Mały się nadarł, wszyscyśmy się spocili i zestresowali, a przed nami była do zrobienia jeszcze druga noga… Powiem tak – never ever. Chyba że pod narkozą. Bo tym razem trzeba było synka trzymać już na etapie zastygania (jakby źle zaschło, wszystko do wyrzucenia), a co się działo przy rozcinaniu… Dzięki Bogu synek ma tylko dwie nogi, trzeciej by już sobie nie dał tknąć nawet kaczym puchem.

Po paru dniach łuski były do odbioru, nacięcia zostały elegancko obrobione skórą, dodano rzepy. Co z tego, że nadal kojarzyło mi się to ze średniowieczem, torturami i pseudo-medycyną. Po pierwszym nałożeniu tego synkowi rozryczałam się w drugim pokoju.

Kolejne nakładania poszły lepiej, mały się tylko sto razy upewnia „Nie boli, nie boli? Nie boliło się?”, po czym zasypia w tym szkaradziejstwie i tylko czasem w nocy woła o pomoc przy obróceniu się. Odliczam dni z tych 3 miesięcy i modlę się, żeby to miało sens i by pomogło. Bo i ortopeda nas nastraszył nieprawidłowym ukształtowaniem się rzepki, i technik wspomniał, że taki ucisk na kolano pod kątem może spowodować martwicę… Brr. Oby to przetrwać.

 

Zachodzenie w ciążę

Dostałam taki komentarz: "Hej, mam pytanie odnośnie Waszego zachodzenia w ciążę :0)
Czy wcześniej się jakoś przygotowywałaś? W sensie: kwas foliowy, leżenie po dżigi-dżigi z mężem z nogami w górze 15 minut? :0)
Tyle się wczoraj naczytałam na forach i tyle wyczytałam sposobów na zajście w ciążę, że głowa mała.
Będę wdzięczna za Twoją podpowiedz :0)
Pozdrawiam!". Odpowiem tutaj.
Moje przygotowanie do ciąży to było przede wszystkim zapobieganie kłopotom. Niecały rok przed momentem zero rozpoczęłam cykl szczepień na żółtaczkę WZW B (potrzebne są trzy dawki, drugą bierze się po miesiącu, ostatnią – jak minie pół roku). Zaczęłam w tzw. żółtym tygodniu, więc pierwsze kłucie wyszło trochę taniej niż normalnie. Nie zarażę się już więc żółtaczką podczas ciąży czy porodu – jeden problem z głowy.
Oprócz tego zrobiłam sobie badania (prywatnie, gin nie chciał mi dać skierowania) na przeciwciała różyczki, cytomegalii, toxoplazmozy oraz
na obecność antygenu Hbs. Te choroby są bardzo groźne w ciąży i trzeba wiedzieć, czy jest się odpornym (np. na różyczkę można się zaszczepić w razie czego), czy trzeba się wyleczyć itp. Jeśli wyjdzie np. brak przeciwciał toxoplazmozy, wiadomo, że trzeba bardzo uważać w ciąży. Mnie tak właśnie wyszło i – choć bardzo lubię koty – prawie ich nie dotykam, a surowe mięso na kotlety tłucze mąż. Byłoby lepiej mieć te przeciwciała przed ciążą, no ale cóż.
Oprócz tego zrobiłam sobie USG piersi (prywatnie) i USG ginekologiczne. Cytologię miałam jeszcze ważną. Aha, i jakiś rok wcześniej robiłam badanie na chlamydiozę. Byłam też u dentysty, bo jakby trzeba było zrobić jakiś rentgenik, to tylko teraz. Poza tym próchnica jest źródłem zakażenia, które może doprowadzić do infekcji u płodu.

I to tyle.
Trzy miesiące przed łykałam kwas foliowy, ale on nie pomaga zajść w ciążę, tylko chroni płód przed wadami, więc warto go mieć w organizmie. Do lekarza chodziłam regularnie, żeby w porę wyłapać jakieś grzybice itp.
Wyszłam z założenia, że co mogę wyleczyć przed ciążą, muszę wyleczyć, bo potem – po pierwsze leczyć się za bardzo nie można, po drugie – nasze choroby szkodzą dziecku, często nieodwracalnie.
Gin mi mówił, że wszelkie badania to on mi zleci, jak zajdę. Ale dla mnie to by było za późno. NFZ to mega nieodpowiedzialna instytucja. Nie daje pieniędzy na ZAPOBIEGANIE CHOROBOM, woli dać kasę na leczenie. Dlatego za wszystkie badania musiałam płacić. To się nazywa polityka prorodzinna w Polsce. To jest dbanie, aby zdrowe Polki rodziły zdrowe dzieci. Czy taniej jest potem łożyć na niepełnosprawne dziecko? Na skomplikowane leczenie ciężarnej chorej na raka, którego można było wykryć wcześniej, finansując cytologię? Spróbujcie zrobić za darmo badanie cytologiczne częściej niż co trzy lata. No – dużo by pisać. Zresztą w ciąży – chcąc wykonać dokładne USG, wykrywające wady płodu – również trzeba zapłacić. A przecież taką np. wadę serca można operować nienarodzonemu jeszcze dziecku lub chociaż przygotować się do takiej operacji natychmiast po porodzie. No, ale lepiej biadolić o niżu demograficznym, zamiast pomóc w konkretny sposób w tym, aby ciąża przebiegała prawidłowo, a urodzone dziecko było zdrowe lub miało szansę na profesjolane leczenie. Wszak chory człowiek nie będzie płacił podatków ani składek emerytalnych…
Odbiegłam od tematu… Po odstawieniu pigułek antykoncepcyjnych odczekaliśmy jeszcze trzy miesiące, choć podobno nie jest to teraz konieczne. Kiedyś, kiedy pigułki zawierały sporą dawkę hormonów, było ryzyko (ryzyko czy szansa, co kto woli…) ciąży mnogiej, w tej chwili – jak mnie uświadomił gin – już się tak nie dzieje. My jednak odczekaliśmy posiłkując się gumką, mając również świadomość, że jakby co – też będzie dobrze. Okazało się jednak, że gumka chroni dobrze 🙂
Zaszłam w ciążę w pierwszym miesiącu, w którym odstawiliśmy Dureksy, dwa miesiące po moich 31. urodzinach, czyli kilka ładnych lat po najlepszym wieku do zachodzenia. Nie trzymałam nóg w górze po dżigi-dżigi (hehe), bo zupełnie o tym nie pomyślałam. Zresztą, wszelkie tego typu sztuczki zostawiłam na czas, gdyby po kilku miesiącach się okazało, że plemnik ciągle jeszcze nie trafił do jaja. Myślałam, że nasze staranie się będzie trwało co najmniej 3 miesiące… Lekarz, jak mnie zobaczył nieco ponad miesiąc po tym, jak mu zakomunikowałam, że będę próbować zajść, też się trochę zdziwił.
No cóż, mój wywód zakończę tak: życzę każdej starającej się takiego tempa jak u mnie 🙂