Na tle innych…

Nie wiem, co mam myśleć o pracach plastycznych małego – z jednej strony czego się spodziewać po 3,5-latku, to naturalne, że bazgroli po kartkach, krzywo przykleja papier, ciapie farbą etc. I gdybym te jego prace oglądała jako jedyne, nic by mnie nie zaniepokoiło. Ale nie da się ukryć, że na tle prac innych dzieci wypada kiepsko, jego prace wręcz się wyróżniają… na minus. Nie palę się do rozmowy z nauczycielkami, bo nie chcę znowu usłyszeć, że mam iść z dzieckiem do psychologa i tak, między Bogiem a prawdą, krzywo przyklejona bibuła czy wata to żaden problem, prawda? Tylko dlaczego inne dzieci przyklejają ją prosto w prawidłowych miejscach? Albo rośnie mi antytalencie plastyczne albo jakiś super artysta sprzeciwiający się mainstreamowi… Zresztą zobaczcie sami:

Niby całkiem sympatyczny kwiatek przedszkolaka:

Ale już wśród innych nie prezentuje się tak udanie:

Podobnie przebiśnieg:

Wszyscy uszanowali zieleń listków i biel kwiatków, tylko nie mój syn (praca ostatnia w drugim rzędzie).

No a ta wyklejanka? Praca małego jest najgorsza, chyba nie muszę pisać, że chodzi o pierwszą w drugim rzędzie?

Jeszcze jedno takie arcydzieło i chyba jednak zapytam pań, czy mały się upiera przy swoim chaotycznym pomyśle, nie daje sobie pomóc czy jeszcze coś innego jest przyczyną tego, że prace wyglądają tak, jak wyglądają. Kolorowanie malowanek w wykonaniu małego to po prostu zabazgrolenie wszystkiego na jeden-dwa kolory. Najlepsze jest to, że z dumą mi potem pokazuje te bohomazy – mamo, namalowałem w pseckolu, zobac, niebieskie i brązowe 🙂 To fakt, nic więcej się nie da powiedzieć o takim rysunku, prócz tego, że jest niebieski i brązowy… Coś tam mu chyba panie mówią, bo ostatnio przy rysowaniu w domu pokrzykuje sam do siebie: nie wyjezdzaj poza linie!, ale efekty na razie marne. Raz widziałam jedną z prac dziewczynki z grupy małego, linie były tam rzeczą świętą, uciekłam czym prędzej z szatni… To niemożliwe, żeby trzylatka tak rysowała!!!

Od razu wspomnę, że synek nie jest daltonistą i w lutym był przebadany okulistycznie kolejny raz. U nas w rodzinie pełno okularników wszelkiej maści, a że mały mrużył oczy na bajkach, trzeba było to sprawdzić. Oczywiście jakieś dwa tygodnie przed wizytą przestał mrużyć, wiecie jak to jest. U lekarki bardzo ładnie wszystko pokazywał, a badała go na przeróżne sposoby. I rozpoznawanie kształtów i kolorów, i nazywanie obrazków z daleka, i wskazywanie obrazków w okularach takich jak na film 3D, i badanie ostrości wzroku, i wykluczanie zeza, i zakrapianie atropiną, i zaglądanie do oka z latarką. Odetchnęłam, nic niepokojącego nie wyszło. Po „niebieskich bucikach” i dmuchaniu nosem balonika (otovent) okularów już nam naprawdę nie trzeba. I tak jest wesoło.

U lekarza kiedyś i dziś

Byliśmy u okulisty z małym parę dni temu. Ma rodziców ślepaków, więc raz w roku kontrolujemy, czy nic się nie dzieje. Jestem bardzo zadowolona z zachowania synka, był onieśmielony, ale i grzeczny, żadnej histerii czy uciekania. Patrzyłam na tę całą wizytę i w ogóle na przychodnię, na poczekalnię i porównywałam, jak to kiedyś było, nie sto lat temu, ale gdy ja byłam dzieckiem. Nie minęło aż tak wiele czasu, a zmieniło się wszystko. Pamiętam lastryko, ławki podobne do tych, co są w parku i niekończące się czekanie – bo nikt nie wpadł na tak banalny pomysł, jak umawianie na godziny. Żadnych kredek, stolików dla dzieci, nic, a w gabinecie ani pół misia, o cukierku nie wspominając. Dostawałam czasem strzykawki, jeśli dawałam sobie zrobić zastrzyk (bo i antybiotyki kiedyś to równało się zastrzyk, moja mama była zdumiona, gdy jej powiedziałam, że teraz można dać antybiotyk dziecku w syropie).

Teraz na wizytę czekaliśmy jakieś 15 minut w pokoiku przypominającym pokój dziecięcy, z zabawkami, stolikiem do rysowania i – co najbardziej atrakcyjne dla dzieciaków – telewizorem z bajkami. W gabinecie pani doktor pokazywała różne figury geometryczne, obrazki (w tym trójwymiarowe, mały w okularach wyglądał jak dżolero na plaży:)), taką tradycyjną planszę dla dzieci-krótkowidzów z kaczkami, kółkami i samolotami. Mały rozpoznał i nazwał „kakę” i kółko, samolot pewnie też skojarzył, ale nie umie tego wypowiedzieć. Powinni na tej tablicy jakieś kształty prostsze w nazwie dawać, sa-mo-lot jest cokolwiek za długi na mój gust. A dla mojego dziecka to najlepiej, żeby tam ciastko jakieś było narysowane 🙂

Były też nowocześniejsze badania, na zeza oraz najistotniejsze – komputerowe na ostrość wzroku (błogosławieństwo naszych czasów, bo jak inaczej tak małemu dziecku zmierzyć wadę?). Na koniec pani doktor wysunęła szufladę, a w niej lizaki i krówki oraz nalepki – mały był przeszczęśliwy i nie chciał wyjść z gabinetu. 

To teraz jeszcze raz wrócę wspomnieniami do moich wizyt u lekarza w dzieciństwie. I tak dajmy na to u okulisty facet (okulista właśnie) darł się na mnie, bo nie umiałam powiedzieć, w których szkłach lepiej widzę (miałam kilka lat), a on zmieniał mi soczewki w tych śmiesznych okularach błyskawicznymi nerwowymi ruchami i krzyczał do mojej mamy – pani córka kłamie, zmyśla! Do tej pory to pamiętam, rozpłakałam się tam wtedy, mama nawrzeszczała na doktora i tyle było z wizyty. Potem się okazało, że miałam tak dużą wadę, że trudno było tak od razu z miejsca stwierdzić, ile to dioptrii jest. 

Czy muszę dodawać, że ani nalepki, ani lizaka nie dostałam? I do tej pory czuję się nieswojo przy sprawdzaniu ostrości wzroku. Normalnie trauma.

Bunty i bu(n)ciki

Roczny bilans nie poszedł dobrze. To znaczy, ze zdrowiem małego wszystko jak najbardziej w porządku (dzięki Bogu!), przytył, urósł, obwód łebka się powiększył etc. Ale wizyta to był jeden wielki ryk. Pani doktor jest be, przewijak be, rozbierał się nie będę, co to za zaglądanie w gardło, a ten stetoskop zaraz wyrwę i rzucę na podłogę! Chcecie mnie zważyć? A guzik, nie położę się na tej beznadziejnej wadze. A co to? Centymetr? Wsadź se go, kurde, nie dam się zmierzyć! Mam pokazać jak chodzę? A nie chce mi się teraz! I tak dalej, w ten deseń. W ogóle nie słyszałam, co mówi lekarka, ledwo utrzymałam wrzeszczącego małego na rękach. Cała struchlała poszłam do gabinetu zabiegowego, gdzie pielęgniarka robi szczepienia… Tak jak przewidywałam, po wstrzyknięciu zabójcy meningokoków wrzask osiągnął apogeum. Jeszcze tylko 120 zł przy kontuarze i mogliśmy wziąć nogi za pas…

Dwa tygodnie później na szczepienie MMRII (odra, świnka, różyczka) szykowałam się jak na wojnę. Chrupeczki, bączek ulubiony, gryzaczek do łapki, pozytywka z ulubioną melodyjką… Dość powiedzieć, że mogłam se to wsadzić. Mały znowu się darł i jak przez mgłę pamiętam, że chyba jesienią mam przestać podawać witaminę D, ale kurde, będę musiała to sprawdzić.

Chyba idzie ku gorszemu, bo kiedy w czerwcu byliśmy na wizycie u okulisty, nie było tak źle, a wtedy bardziej się obawiałam reakcji małego. Ale nie, dał sobie oczy zakropić, patrzył na światełko, wodził wzrokiem za kuleczką itp., trudności pojawiły się tylko przy badaniu dna oka, ale to zupełnie zrozumiałe. Kto lubi, jak mu w oko świecą i powiekę wywijają; trzy pielęgniarki unieruchamiające małego na leżance plus wspomniana pozytywka załatwiły sprawę. Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie mały zezik, który był powodem wizyty, nie jest niczym groźnym.

Już zapowiedziałam mężydłowi, że w grudniu, na kolejne szczepienia, idzie ze mną.

A wczoraj wieczorem wielki ryk, jaki wydobył z gardzieli mały uświadomił mi, że krzyki w gabinecie lekarskim to był pikuś. Dlaczego krzyczał, skąd ta wściekłość i wrzask, panie Faulkner? Otóż, po moich opowieściach o załamujących ręce mijających nas paniach „A gdzie ty masz buciki, chłopczyku?” oraz dających się słyszeć ze spacerówek spostrzeżeń „Mamo, a ta dzidzia jest boso!” mąż postanowił przymierzyć małemu buciki. Ja wcześniej tylko nieśmiało próbowałam i szybko się wycofywałam, mężydło poszło jednak w zaparte i sandałki nałożyło. Po czym mały mógł startować w konkursie na najbardziej nieszczęśliwe dziecko świata.

Nie za bardzo pomagały spacerki po mieszkaniu, synek tuptał jak kaczka, ale wcale go to nie bawiło i na dobrą sprawę humor odzyskał dopiero puszczony swobodnie na bosaka.

Jest jednak światełko w tunelu – dziś po śniadaniu udało mi się obuć go na chwilę i krzyki było odrobiną cichsze…

 

PS z innej beczki

Małemu w końcu zaczęły iść kolejne zęby, aż do tej pory miał w paszczy jedynie czterozębny kasownik. Pojawiła się dwójka, ale nie na spodziewanym dole, a u góry oraz kawałek dalej, po tej samej stronie (sic!) widać czwórkę. Zdecydowanie nie idzie to książkowo…