O zimie i o zdobywaniu przyjaciół

No i mamy zimę. U mnie jest OK, 5 stopni mrozu i trochę śniegu, klasycznie więc, można powiedzieć. Uff, zawsze cieszę się, oglądając prognozę pogody, że nie mieszkam w Suwałkach. Słowo daję, raz tylko przez całe życie zdarzyło mi się widzieć, że jest tam cieplej niż w innych rejonach Polski i było to przedstawione przez pogodynkę prawie jak anomalia.

Jak tylko zrobiło się biało, za punkt honoru wzięłam sobie, by pokazać małemu co to śnieg itp. Ubieranie na dwór trwało pół godziny, ale co tam. Już w drodze na plac zabaw poczułam zbliżający się kłopot, bo synek zażądał łopatki, a gdy dotarliśmy do celu, z okrzykiem baba, baba! pognał do piaskownicy. I wytłumacz tu dziecku, że zmrożony piasek nijak się nie klei, babka żadna nie wyjdzie. Zamiast radochy ze śniegu było więc rozczarowanie i trochę łez.

Sam śnieg został zresztą dość pogardliwie określony jako tlata, czyli piana (taka jaka powstaje w kąpieli). Mały trochę się rozchmurzył, gdy pokazałam mu, że może tę tlatę zgarniać łopatką i pracowicie odśnieżył wszelkie powierzchnie płaskie na placu zabaw. Największa radocha była jednak wtedy, gdy poszliśmy na spacer i jakaś pani karmiła gołębie. Ja nie cierpię tych gruchaczy, wg mnie to tępe ptaki, nigdy nie najedzone, hałaśliwe i roznoszące choroby. Trochę mi było słabo, jak widziałam, że mały co chwila wbiega w kłębowisko tych pożeraczy chleba i śmieje się w głos, że odlatują, ale tylko na parę metrów, bo kto by zostawił pełne koryto. 

Pilnowanie dziecka na dworze w taką pogodę to jednak średnia przyjemność, ja szybko marznę, usiąść nie ma gdzie, po godzinie tupania na śniegu mam naprawdę dość. Ale staram się jednak codziennie wyjść, dla zdrowia, dla rozrywki (nie mojej oczywiście), dla rozwoju dziecka wreszcie (zawsze coś nowego można pokazać, wytłumaczyć). Zdaje się jednak, że inne mamy/opiekunki z mojej okolicy nie podzielają mojego zdania. Gdzie są te wszystkie dzieci, od których roiły się place zabaw latem i jesienią? Miejsca w piaskownicy nie można było znaleźć, kolejka do zjeżdżalni się ustawiała, a teraz? Łażę z małym sama, cały plac zabaw (jeden, drugi, trzeci) do naszej dyspozycji. Osiedle wygląda na bezdzietne, a wiem, że to nieprawda. 

Latem z kilkoma mamami udało mi się zapoznać, niemal codziennie się w końcu widziałyśmy a to przy zjeżdżalni, a to w piaskownicy. Kiedyś myślałam, że zawrę w ten sposób nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie. Niestety, nic z tego nie wyszło, ot, kilka rozmów o dzieciach (jakżeby inaczej), cześć, cześć i tyle. Niby coś nas łączy, podobna sytuacja, dzieci, ale w naszym wieku chyba już trudno o jakąś głębszą znajomość. Każdy żyje przede wszystkim swoimi sprawami; wyczuwam dystans, sama też nie wychylam się przed szereg. Nie to, co kiedyś w szkole, przyjaźnie na zabój, robimy to samo, myślimy to samo i podoba się nam ten sam chłopak. Nie rozdzielały nas osobiste problemy, bo ich po prostu nie miałyśmy, nie skłócały poglądy, bo też były słabo skrystalizowane. Liczyła się wspólna zabawa, ewentualnie pomoc w nauce.

W dorosłym wieku trudno zawrzeć szczerą znajomość, komu nie ostały się przyjaźnie z wcześniejszych lat, zostaje sam. Tak się złożyło, że wszyscy moi przyjaciele są co najmniej w innych miastach, większość jednak na emigracji. Pozostają tzw. znajomi, koleżanki, koledzy, ich małżonkowie, ale to nie to samo. Szkoda.

Bajka o robalu

Był sobie pewien nieduży robal,

Co to nikomu się nie podobał,

Bo obły był, bez rąk, bez nóg,

uciekał od niego, kto tylko mógł.

 

Ten biedny robal na imię miał Robek

i w małej jamce miał ładny domek.

Samotnie w nim spędzał wszystkie wieczory

i noce, i ranki, i inne dnia pory.

 

Nasz Robek marzył, by mieć przyjaciela,

by być proszonym na śluby, wesela,

nikt jednak Robka polubić nie chciał

i albo wyśmiewał, albo uciekał.

 

Wszyscy wołali: fe, co za robal!

Taki nikomu się nie podoba!

Niech lepiej siedzi w tej swojej jamie,

niech nie wyłazi, niech tam zostanie.

 

Pewnego razu, a był to wtorek,

do wielkiej dziury wpadł królik Florek

i siedział tam biedak, do wieczoru środy

bez marchwi, sałaty, kapusty i wody.

 

Szukano wszędzie dla Florka drabiny

lub jakiejś grubej długaśnej liny.

I piesek, i kotek, i myszka, i kurka

biegali, szukali chociaż pół sznurka.

 

Najgorszy zresztą był taki fakt,

że królik Florek bał się być sam.

I popiskiwał, i płakał, i skakał,

o towarzystwo tak bardzo błagał.

 

Nasz Robek o tym wszystkim usłyszał

I przypełzł tak szybko, aż sapał i dyszał.

Nie myśląc wiele, zsunął się na dół

na zabawianie, na gadu-gadu.

 

A królik Florek tak się ucieszył,

że dzielny Robek do niego pospieszył,

że kicnął i mu dał szybko buziaka,

choć przecież robal to poczwara taka.

 

Na pomoc zatem już razem czekali,

śpiewali, tańczyli i w rebusy grali,

aż w końcu, wreszcie, a to nowina!,

znalazła się dobra długa drabina.

 

I razem po szczeblach wyleźli z dziury

do kotka, do pieska, do myszki i kury.

Robkowi wszyscy tak dziękowali,

że, rety!, mało go nie zdeptali!

 

Nikt już z naszego robala się nie śmiał,

każdy podziwiał, po plecach klepał.

Wszyscy się tylko z nim bawić chcieli,

tak od soboty aż do niedzieli!

 

Nieważny jest wzrost, nieważny wygląd,

To może być pchła, wróbel lub wielbłąd.

I nawet nasz  mały robak niebożę.

Bo przyjacielem każdy być może!

Weekendowe świrowanie

Parę dni temu mały pierwszy raz zrobił pa, pa w sposób świadomy, samodzielnie. Od jakiegoś miesiąca przy każdym pożegnaniu potrząsałam jego łapką i w końcu przyniosło to efekty. A ja chyba mogę zrobić pa, pa swoim zdrowym zmysłom… Ostatnio świruję, mam huśtawki nastrojów, wyolbrzymiam problemy lub je stwarzam i wszystko skrupia się na mężu. No bo na kim, skoro chcę oszczędzić małego?

Moja kondycja psychiczna to zapewne wynik monotonii dnia codziennego, siedzenia z dzieckiem i tylko z dzieckiem prawie non stop, życie podporządkowane szykowaniu posiłków i sprzątaniu po nich. Najlepsze jest to, że nie mogę narzekać. Naprawdę! Zawsze byłam domatorką, lubię dbać o dom i nie mam pędu do wykonywania jakichś szalenie ambitnych i nowatorskich czynności. A jednak bije mi na dekiel, bo chyba coraz bardziej czuję się nie sobą, a mamą, w głowie mam tylko – co zje mały, czemu tego nie zjadł, trzeba wyprać mu poduszkę, bo oślinił, zrobił kupę, czyli zmiana pieluchy, gdzie jest smoczek!?, trzeba z małym wyjść na dwór, trzeba położyć go spać, trzeba go podnieść, zanieść, umyć, zabawić, zadbać, zapewnić, ochronić…

Z utęsknieniem wyczekuję weekendów, ale to wtedy jest największy horror – zderzenie moich oczekiwań i działań męża = mega awantura. Bo ja chcę odmiany, choć raz nie pamiętać o zmianie pampersa, chcę wyjść z rytmu dnia powszedniego. I chcę, żeby było odświętnie i super… I chyba trudno mi się dziwić.

Mąż natomiast chce odpocząć po domowemu, poleżeć, poleniuchować… I nie zaprzątać sobie głowy zmianą pampersa… I trudno mu się dziwić. Jednak kiedy widzę, że sobota i niedziela nie różnią się od poniedziałku, wtorku etc., bo znowu dziecko na mojej głowie, śniadanie, obiad, kolacja też i jeszcze trzeba by wszystko ogarnąć, bo nie cierpię syfu w domu, to dostaję szału, SZAŁU!!!

Nie jest tak, że mąż mi nie pomaga. Muszę tylko o wszystko go prosić, kazać mu zrobić. Nie mogę go do końca za to winić, bo to ja najlepiej się orientuję w opiece nad małym i w dbaniu o mieszkanie, oznacza to jednak, że i tak muszę o wszystkim pamiętać i wszystko przygotować. Wygląda to tak, że owszem, mąż poda małemu obiad, jeśli wcześniej ja go ugotuję, odpowiednio pokroję, podam na talerzyku, podam śliniak, znajdę odpowiedni widelczyk, przyniosę drugi, gdy ten pierwszy spadnie, przyniosę picie, a po wszystkim umyję buzię dziecku, umyję stolik, umyję podłogę pod krzesełkiem pełną zrzuconego jedzenia itp., itd.

Moja sytuacja przypomina te weekendowe dolegliwości, kiedy to cały tydzień człowiek lata z jęzorem i daje radę, a kiedy przychodzi weekend i ma być tak fajnie i relaksująco, nagle wyskakuje opryszczka na gębie, łeb pęka albo jakieś przeziębienie się pojawia. Biedny człek luzuje, opuszcza gardę i dostaje po łbie – spada mu odporność…

Mąż mi od dawna powtarza – wyjdź gdzieś, spotkaj się z kimś. Byłoby super – myślę sobie, ale już dawno temu zrobiłam przegląd moich znajomych i oto, co mi wyszło:

– koleżanki z podstawówki mieszkają w moim rodzinnym mieście, w którym dorastałam i chodziłam do szkoły podstawowej właśnie;

– przyjaciółka z liceum mieszka za miastem + ma niepełnosprawne dziecko, więc praktycznie nie rusza się z domu ani nie zaprasza do siebie

– koleżanki ze studiów – żadna nie została we Wrocławiu

– przyjaciółka, koleżanki i koledzy z pracy nr 1 – mieszkają albo poza Wrocławiem, albo się przeprowadzili np. do Poznania

– koleżanki z pracy nr 2 – mieszkają poza Wrocławiem

– moja siostra, przyjaciółka przez całe życie – mieszka w górach od 5 lat

– inna bliska przyjaciółka od kilku lat mieszka w Niemczech

– przyjaciel – od 2 lat mieszka w Londynie

– kilkoro fajnych kolegów – mieszkają w Szwecji.

Chyba jestem jakaś przeklęta pod tym względem – nie jestem typem osoby, która ma 1000 znajomych na każdym rogu, zaprzyjaźniam się rzadko, nie mam tuzina koleżaneczek w sąsiedztwie, więc może nie było tych bliskich mi osób tak wiele, ale czy naprawdę WSZYSTKIE musiały dokądś wyjechać???

W dodatku zauważyłam, że z biegiem lat trudniej się zaprzyjaźniać, człowiek staje się taki okrzepły w swoim mieszkaniu, w rodzinie – to już nie te lata, kiedy wynajmowało się kawalerkę, piło browara na ławce, pożyczało sobie szminkę na dyskotekę, balowało do piątej rano… i codziennie poznawało się nowych ludzi.

No, ale odbiegłam od tematu. Tak czy siak został mi tylko i aż mąż i jest on jak mój prywatny piorunochron. Ja mogę się tylko starać, by burza przechodziła bokiem…