Spacery nie tylko po dywanie

Przez wiele miesięcy mały rozwijał się ruchowo: najpierw było tylko leżenie, potem doszło podnoszenie głowy, następnie przekręcanki na plecy, pełzanie/czołganie, aż w końcu wpadł na to, by dołączyć zgięte nogi do rączek i zaczęła się era raczkowania. Jak napisałam – dojście do tego etapu trwało bardzo długo, teraz – mam wrażenie – nowe umiejętności nabywane są ekspresowo. Dwa dni po przemaszerowaniu pokoju na czterech zaczął się podciągać do stania. Wygląda to tak, że opiera się o mebel, bądź napotkaną łydkę i na kolankach przyjmuje pozycję wyprostowaną. Niestety, kilka razy nie zdążyliśmy złapać chwiejącej się wieży… W takiej chwili chciałabym, żeby mój synek poznawał świat w kasku…

Oprócz przekształcania się w homo erectusa mały odkrył też uroki siadania, najpierw tak trochę na boku, na jednej nodze, jak piesek, po kilku dniach zaś już centralnie na pupie. Niestety, z tej pozycji również zdarza mu się bęcnąć do tyłu, więc serce matki, czyli moje, krwawi teraz bardzo często (może by tak całe mieszkanie opiankować?)…

Parę słów o spacerówce Quinny Buzz, którą testuję od jakiegoś czasu. Mały zazwyczaj śpi podczas spaceru, więc najdogodniejsza pozycja dla niego to półleżenie. Projektant tego wózka, chyba w trosce o żylaki czy inne sprawy krążeniowe dziecka, podnóżek pozwolił ustawić albo w pozycji do góry albo całkiem na dół (ale to się przyda dopiero za jakieś 10 cm). Całe szczęście mały mi w tym ustrojstwie zasypia, ale z nóżkami wyżej od głowy… Co jeszcze? Buda jest trochę zbyt flakowata i większy podmuch wiatru mi ją składa… Z zalet wymienię solidne szelki, posiadające paski też po bokach – dziecko się nie wymknie cichaczem…

Zafundowaliśmy małemu ostatnio wycieczkę tramwajem i autobusem i był zachwycony; pospacerowaliśmy po rynku wrocławskim, to znowu była atrakcja dla mnie. Nie będę tu przynudzać o klimacie tego miejsca (banał! banał!), w każdym razie mnogość kolorowych ludzi, słońce, parasole knajpek to dla mnie relaksująca odmiana po spacerach po parku lub „wyprawach” do osiedlowego sklepu (względnie Biedronki, wow!). Mój mąż nie bardzo to rozumie i pojawienie się w słoneczną niedzielę w tak oczywistym miejscu jak rynek to dla niego coś w stylu obciachu, ale jakoś to zniósł. Humor poprawił sobie kawą i ciastem w cukierni obok pomnika Bolesława Chrobrego, ja natomiast dostałam tam totalnego wścieku. Bzdurny system sprzedaży w tym miejscu podniósł mi ciśnienie tak, że cały relaks ze spaceru szlag wziął. Dość powiedzieć, że trzeba tam stać w kolejce do kasy, gdzie mówi się, co się chce i płaci, a następnie z paragonem w ręku trzeba stanąć w drugiej kolejce, by odebrać to, za co się zapłaciło, przy czym do lodów stoi się osobno… PRL!!!

Tyle dobrze, że mały, nieświadomy całego zamieszania, zasnął sobie spokojnie, z nogami do góry.

A rynek i okolice? Przyznacie chyba, że i piękne, i szpetne…