Niebieska noga

Jestem załamana tym, że wybory wygrał goguś Duda. Tyle na temat tego pana, jak na razie. Mam nadzieję, że podczas jego pięcioletniego sprawowania urzędu prezydenta nie będę musiała zbyt wiele razy powtarzać „a nie mówiłam!” albo „a mówiłam, żeby głosować na Komorowskiego!”.

Teraz sprawy przyjemniejsze po stokroć od polityki. Pokaże Wam kilka obrazków mojego syna, możecie pozgadywać, co przedstawiają 🙂

Ten pierwszy przedstawia burzę (nie mam pojęcia, gdzie i kiedy mały widział burzę, najpewniej w bajce). Na drugi obrazku są kolorowe kije. Po prostu 🙂 Najlepsze jest na trzecim. Pytam synka, co to jest. „Pająki” – odpowiada. „A to?” – pokazuję na największy kłąb. „To jest pająk z niebieską nogą”. Jeszcze jakieś pytania? 😉

Pełna zdumienia nad wyobraźnią i pomysłowością dziecka zamieszczam jeszcze takie oto zdjęcie dwóch miarek z mleka w proszku. Mały złożył je razem, tak jak poniżej i woła: „Mamo, zobacz, tłuczek do mięsa!”. Naprawdę, otwieram szeroko oczy i swój stetryczały mózg, kiedy widzę takie świeże spojrzenie na świat!

A na dzień matki dostałam od małego laurkę: dokładnie zamazaną na niebiesko kartkę z konturem serca po środku. Ponieważ mały bardzo lubi kolor niebieski, doceniam, że chciał mi podarować coś pięknego i wyjątkowego 🙂 Czerwone serce, to przecież banał!

Na tle innych…

Nie wiem, co mam myśleć o pracach plastycznych małego – z jednej strony czego się spodziewać po 3,5-latku, to naturalne, że bazgroli po kartkach, krzywo przykleja papier, ciapie farbą etc. I gdybym te jego prace oglądała jako jedyne, nic by mnie nie zaniepokoiło. Ale nie da się ukryć, że na tle prac innych dzieci wypada kiepsko, jego prace wręcz się wyróżniają… na minus. Nie palę się do rozmowy z nauczycielkami, bo nie chcę znowu usłyszeć, że mam iść z dzieckiem do psychologa i tak, między Bogiem a prawdą, krzywo przyklejona bibuła czy wata to żaden problem, prawda? Tylko dlaczego inne dzieci przyklejają ją prosto w prawidłowych miejscach? Albo rośnie mi antytalencie plastyczne albo jakiś super artysta sprzeciwiający się mainstreamowi… Zresztą zobaczcie sami:

Niby całkiem sympatyczny kwiatek przedszkolaka:

Ale już wśród innych nie prezentuje się tak udanie:

Podobnie przebiśnieg:

Wszyscy uszanowali zieleń listków i biel kwiatków, tylko nie mój syn (praca ostatnia w drugim rzędzie).

No a ta wyklejanka? Praca małego jest najgorsza, chyba nie muszę pisać, że chodzi o pierwszą w drugim rzędzie?

Jeszcze jedno takie arcydzieło i chyba jednak zapytam pań, czy mały się upiera przy swoim chaotycznym pomyśle, nie daje sobie pomóc czy jeszcze coś innego jest przyczyną tego, że prace wyglądają tak, jak wyglądają. Kolorowanie malowanek w wykonaniu małego to po prostu zabazgrolenie wszystkiego na jeden-dwa kolory. Najlepsze jest to, że z dumą mi potem pokazuje te bohomazy – mamo, namalowałem w pseckolu, zobac, niebieskie i brązowe 🙂 To fakt, nic więcej się nie da powiedzieć o takim rysunku, prócz tego, że jest niebieski i brązowy… Coś tam mu chyba panie mówią, bo ostatnio przy rysowaniu w domu pokrzykuje sam do siebie: nie wyjezdzaj poza linie!, ale efekty na razie marne. Raz widziałam jedną z prac dziewczynki z grupy małego, linie były tam rzeczą świętą, uciekłam czym prędzej z szatni… To niemożliwe, żeby trzylatka tak rysowała!!!

Od razu wspomnę, że synek nie jest daltonistą i w lutym był przebadany okulistycznie kolejny raz. U nas w rodzinie pełno okularników wszelkiej maści, a że mały mrużył oczy na bajkach, trzeba było to sprawdzić. Oczywiście jakieś dwa tygodnie przed wizytą przestał mrużyć, wiecie jak to jest. U lekarki bardzo ładnie wszystko pokazywał, a badała go na przeróżne sposoby. I rozpoznawanie kształtów i kolorów, i nazywanie obrazków z daleka, i wskazywanie obrazków w okularach takich jak na film 3D, i badanie ostrości wzroku, i wykluczanie zeza, i zakrapianie atropiną, i zaglądanie do oka z latarką. Odetchnęłam, nic niepokojącego nie wyszło. Po „niebieskich bucikach” i dmuchaniu nosem balonika (otovent) okularów już nam naprawdę nie trzeba. I tak jest wesoło.

Koneser kobiecych nóg

Mały nie jest najmocniejszy w kolorowaniu rysunków (niedługo zaprezentuję tu małą galerię jego dzieł), niewątpliwie jednak ma dar wnikliwej obserwacji 🙂 Narysował ostatnio coś takiego:

Na pytanie, co to za stwór, usłyszałam – mama zielono-czarna. Aha, hmmm…

Po chwili mały przybiega z kolejną kartką i oznajmia: to jest tata, ale mamo, nalysuj okulaly… Oświadczam więc, że na poniższym rysunku okulary są mojego autorstwa, ale tylko one.

A może narysujesz buciki? – drążyłam. Nie, nie tseba – odparł mały. A uszy?Tes nie tseba. Po czym przedstawił mi jeszcze jedno dzieło:

A to kto, też mama? – pytam. – Nie, to ciocia Dolota!

Czy muszę dodawać, że ciocia Dorota jest w rodzinie posiadaczką najdłuższych i najzgrabniejszych nóg?

PS

Synek znowu chory, zapalenie ucha nr 2, właściwie 3, licząc to na Krecie. Zaczęło się, a jakże, w nocy przed świętem Trzech Króli, poprzednio mały zaczynał chorowanie na Wszystkich Świętych i w Dzień Niepodległości… Byliśmy w jakiejś dziwnej przychodni czynnej w święta, ale o tym innym razem. Ja już tracę nadzieję na normalne pracowanie i posyłanie synka do przedszkola…