Sypialnia odzyskana/Kije muszą być

Wyeksmitowaliśmy małego (a raczej jego łóżeczko) z naszej sypialni do jego pokoju, piętro niżej w dodatku. Bałam się histerii (małego) i latania po schodach po nocy (mojego), ale poszło prawie bezboleśnie. Łóżeczko znieśliśmy w dzień, żeby synek się przyzwyczaił, ale jakby tego nie zauważył, ignorował całkowicie nowy mebel w swoim pokoju aż do wieczora, kiedy to spania przyszedł czas. Tam pać! Tam pać! – płakał rozdzierająco wskazując rączką na piętro. Mnie oczywiście pękało serce i rozważałabym powrót łóżeczka do nas, gdyby nie było wcześniej ogromnych mecyi z noszeniem go po schodach oraz z przeciskaniem się z nim przez drzwi pokoju. Oszczędzę opisu, ale chodziło o milimetry i dość sporą akrobatykę (bo oczywiście pierwotnie łóżeczko przyszło w paczce w częściach i złożone zostało w naszej sypialni).

Całe szczęście mały ostatecznie się przystosował, woła tylko raz w nocy, około 3, kiedy tak się rozkopie, że aż zmarznie. Schodzi wtedy to z nas, które akurat słyszy (zazwyczaj ja), opatula i koniec. Synek jednak nadal jednak nie pozwala demontować szczebli z boku. Myślałam, że to będzie dla niego szał ciał, zabawa z włażeniem i wyłażeniem, martwiłam się nawet, że zabrudzi i wyszura pościel pakując się do łóżka za dnia. Nic podobnego. Kolejny raz wyjęliśmy szczeble i mały kolejny raz postawił warunek położenia głowy na poduszce – Kije, kije! Założyć kije? Tak!

Tym bardziej więc cieszę się, że w biurze podróży kupując wczasy upieraliśmy się przy łóżeczku dla niego, bo, jak się okazało, łóżeczko dziecięce przysługuje dzieciom do lat dwóch, a potem dają dostawkę. Babka specjalnie kontaktowała się z hotelem w tej sprawie i obiecano nam łóżeczko. Bo jak on bez szczebli nie czuje się komfortowo, to co dopiero na zwykłym tapczanie, czy jak tam wygląda ta dostawka.

Lecimy latem na tę Kretę i nie ma dnia, bym o tym nie myślała, w różnych kontekstach… Z jednej strony rozmarzam się o plaży i ciepłym morzu i że nie będę musiała sprzątać i gotować… A z drugiej oczywiście martwię się, jak to z małym będzie. Dobre rady mile widziane. Już czytałam o dziecku w samolocie – że kocyk wziąć, bo bywa zimno, że wygodne ubranie. No OK. Kupiłam też kilka nowych zabawek, które mały zobaczy dopiero w samolocie (jeśli będzie marudził, bo może akurat będzie zarajcowany lotem, nowe zabawki przydadzą się wówczas na inną czarną godzinę). No i chyba do bagażu podręcznego wezmę nocnik? Bo, nie daj Boże, jakaś kupa? Siusiu chyba też już świadomie w pieluchę nie zrobi, ale na wszelki wypadek chyba założę mu pampersa, bo ja wiem? Lot niby nie taki długi, ale zanim co, to 2 godziny na lotnisku spędzimy. A mały jak się zatnie, to się nie wysika i koniec, aż bywa za późno.

No a to zatykanie uszu przy starcie/lądowaniu? Synek nie pije już od dawna przez smoczek, lizaków ani żadnych twardych cukierków do ciamkania mu nie daję, gumy do żucia broń panie Boże. To jakieś ciastko mu dać? Czy to ma w ogóle aż takie znaczenie, czy może w necie, jak zwykle, przesadzają?…

Kolejna rzecz – mały co rano woła o kaszkę. All inclusive all inclusivem, ale kaszki bym się nie spodziwała w menu, a na pewno nie codziennie… Biorę więc własną, trudno, będziemy robić przy stole w jadalni.

I weź tu się, człowieku, normalnie spakuj… Łopatki, wiaderko, grabki, piłka taka, piłka siaka, konewka, nadstawka na sedes, kaszki, ulubiony struś do spania z różową szyją… Chyba gdzieś wcisnę strój kąpielowy i klapki, co?

PS

Mały lubi pukać w różne drzwi i wołać Kto tam?! Ostatnio widziałam, jak stukał w klapę od sedesu. Kto tam? Kto tam?! Hmmm…

Reklamy

Tenis i sanki

Ile razy można oglądać finał Australian Open Wawrinka kontra Nadal? Oj, wiele razy, tak w całości to kilka (w tym oczywiście first time na żywo, AKURAT w niedzielę przed południem, kiedy to AKURAT jesteśmy u moich rodziców, co mają bliziutko park z górkami do zjeżdżania, AKURAT jest śnieg i pierwszy raz tej zimy można wypróbować sanki) oraz można jeszcze wyszukiwać bez końca przeróżne skróty, best szoty, analizy machnięć rakietą, jak również pośmiać się z odbić „patelnią”. Uff, mogę tylko się cieszyć, że mężydło uczepiło się tym razem męskiego tenisa, bo jęków i stęków Azarenki rodem z najgorętszych chwil pornola już bym nie zniosła. A jeszcze wczoraj mąż, szurając palcem po swoim smartfonie obwieścił mi cały szczęśliwy, że niedługo puchar Davisa…

Wracając do sanek, to w końcu udało nam się wyjść, aczkolwiek mały jak zwykle nie chciał robić tego, co my rodzice uważamy, że powinien robić, bo to taka frajda i radocha. Tak jak nie chce nigdy skakać na batucie (a to przecież taka frajda etc.), nie chciał nurkować w basenie z piłkami (a to przecież… itd.), tak i na sanki usiąść nie chciał i już myślałam, że cała operacja pt. gdzie są sanki i gdzie jest do nich oparcie spełznie na niczym. Dzięki Bogu pojawiło się jakieś inne dziecko i siedziało na sankach, i zjeżdżało z górki, więc mały się odkorkował i się usadowił, niech żyje naśladownictwo.

Trochę pozjeżdżał, z sanek też, bo nie chciał się trzymać, więc ześlizgiwał się w przód w swoich ortalionowych spodniach, główną radochą w jego mniemaniu było jednak spuszczanie pustych sanek z górki, tudzież targanie ich za sznurek. No i dobra. A dziś już odwilż.

Dość niespodziewanie skrystalizował się nam pomysł na wakacje, naście godzin w necie wyłoniło zwycięski hotel (myślałam już, że osiwieję, jak hotel fajny, to plaża daleko, jak plaża blisko, to żwirkowa, jak blisko plaża piaszczysta, to znowu opinie miażdżące, jak opinie dobre, to stawka kosmiczna, chwilami już tęskniłam za prostym wyjazdem nad Bałtyk). Ponieważ w planach jest samolot, przemyśliwuję już każdy aspekt pod kątem małego. Tu też osiwienia jestem bliska… Och, czemu nie jestem jak moja siostra, w kwadrans podejmująca decyzje bez zawracania sobie głowy konsekwencjami?

CDN. Na pewno.

O tym, jak się zamyka oczy na fakty

 

Zadałam sobie trud przeczytania raportu sporządzonego przez MAK. Ponad 200 stron. Skupiłam się głównie na
podanych przyczynach tego, co się stało 10. kwietnia. Chciałam się dowiedzieć, skąd te okrzyki o hańbie, nożu w plecy itd. I – nie wiem.

Nie jestem fachowcem, ale raport wydaje mi się rzeczowy i dokładny. Skrupulatnie są przedstawione działania i
zaniechania Polaków (tych, którzy przygotowywali lot oraz pilotów); analizuje się doświadczenie pilotów, atmosferę w kokpicie, stan samolotu (nie był nawet ubezpieczony!).

W raporcie wspomniany został incydent gruziński (świadczący na niekorzyść prezydenta Kaczyńskiego, bowiem
dowodzi jego buty i przekonaniu o nieomylności). Dowiadujemy się też o
dotychczasowych lotach kapitana TU154 (niemal zawsze był drugim pilotem, a więc
bardzo rzadko podejmował kluczowe decyzje odnośnie bezpieczeństwa lotu),
wytknięto pilotom słabą znajomość języka rosyjskiego (sic!), lekceważenie
ostrzeżeń, niedokładne pomiary, nieprawidłowe odłączenie autopilota, słowem –
nieprzestrzeganie mnóstwa procedur wymaganych podczas współpracy pilotów w
kokpicie. W końcowej fazie lotu piloci najprawdopodobniej zamiast we wskazania
przyrządów patrzyli w okna wypatrując pasa do ladowania! Wszystko to, punkt po
punkcie, wyliczone jest w raporcie. Napisano, jak powinno być i – jak było.

Myślę, że można zliczyć 150 przyczyn tej katastrofy. Do tego być może doliczyć można kilka zaniedbań ze
strony rosyjskiej – w raporcie rzeczywiście nie są brane pod uwagę jakiekolwiek
nieprawidłowości ze strony wieży na lotnisku. Przytaczane są za to wiele
mówiące wypowiedzi wściekających się żołnierzy z wieży – że nie rozumiemy, co
oni mówią do nas po rosyjsku, że się pchamy z tym samolotem, że nie
powiadomiliśmy nawet o tym, że samolot wystartował.

Było mi wstyd, jako Polce, jak czytałam ten raport. I najważniejszy wniosek, jaki mi przyszedł do głowy, to
taki, że należy szukać winnych pośrednio tej katastrofy.

 

Ktoś organizował ten lot ze strony formalnej i nie przewidział lądowania na lotnisku zapasowym – KTO?

Na pokładzie brakowało rosyjskiego nawigatora – ktoś tego nie dopilnował – KTO?

Ktoś wybrał taki a nie inny skład pilotów Tu154, mimo formalnych przeszkód (przerwa w lataniu etc.) – KTO?

Ktoś zadecydował, że na pokładzie jednego samolotu będzie większość najważniejszych osób w państwie – KTO?

Ktoś miał się wściec, w razie niewylądowania na czas w Smoleńsku – KTO?

I tak dalej, i tak dalej.

Wśród okrzyków o hańbie rozmyje się odpowiedzialność wielu osób, które nadal będą organizować podróże
najważniejszych osób w Polsce.

Czytałam kiedyś o tym, jak to robią w USA. Sztab wielu osób analizuje pogodę, teren położenia lotniska,
ewentualne okoliczności niesprzyjające. Szykowany jest plan B i C. Przed
przylotem prezydenta na lotnisko leci wysłannik Białego Domu i osobiście
sprawdza przygotowanie na przyjęcie głowy państwa. Wreszcie na krótko przed
samolotem z prezydentem na pokładzie na lotnisku ląduje identyczny samolot –
niejako na próbę. Jeśli wystąpią jakiekolwiek kłopoty, czy to z wieżą czy z
pogodą – samolot z prezydentem odlatuje!

Nie mamy możliwości finansowych na takie działania. To raz. Prezydent USA ma większe znaczenie dla świata niż
prezydent Polski. To dwa. Ale jeśli dołożymy do tego nasze lekceważenie
przepisów, żarty w kokpicie zamiast konkretów (z rozmowy pilota z nawigatorem –
jaka pogoda? Odpowiedź: Zimno), tzw. ułańską fantazję, czyli: idziemy na żywioł
chłopaki, a co tam!, przekonanie o nieomylności (nie będzie nam tu Rusek nic
rozkazywał), to ja się zupełnie nie dziwię, że stało się to, co się stało. Udawało
się wiele razy, owszem, z nieprzeszkolonymi pilotami i przy kiepskiej pogodzie.
Ale raz się nie udało.

Jedyny wniosek, jaki wyciągnął z tego Jarosław Kaczyński? WINNI SĄ ROSJANIE. Jedyna wersja raportu, jaką by
zaakceptował? ROSJANIE UPARLI SIĘ, ŻE TU154 MA WYLĄDOWAĆ, PILOCI POLSCY NIE
MOGLI NIC W TEJ KWESTII ZROBIĆ, ZOSTALI PRZEZ RUSKICH ZMUSZENI DO ZNIŻENIA SAMOLOTU
NA WYSOKOŚĆ ROSNĄCYCH DRZEW I – OSTATECZNIE – DO ROZBICIA O ZIEMIĘ.

Koniec i kropka, innych wniosków Jarosław nie posiada.

Chyba czytał raport z zamkniętymi oczami.