Infekcje i inne atrakcje

Dawno mnie tu nie było. Zniechęcałam się na samą myśl, że znowu mam pisać o tym, że mały jest chory. Bo był, raz i chwilę potem jeszcze raz. Rekord chodzenia do przedszkola: 6 dni, czyli poniedziałek-piątek i jeszcze poniedziałek. Wow! A we wtorek rano klasyk – gorączka, katar. A mieliśmy akurat wizytę u okulisty, umówioną rok (!) wcześniej. Poszliśmy, ale nie był to zbyt fortunny pomysł. Mały był marudny i przesadnie przestraszony, czyli nie chciał patrzeć w te wszystkie urządzenia badające wzrok. Poszło jako tako, w marcu mamy powtórzyć wizytę, bo doktor nie była do końca pewna, jak interpretować wyniki.

Ale co tam okulista. Dwa razy zaliczyliśmy już laryngologa, raz prywatnie niestety, ale za to porządnie, z kamerkami w uchu, nosie i gardle, wizyta 40 minut. Można? Można, ale za 140 zł. Ciekawostka – mały ma rozdwojony języczek, tj. to co zwisa w gardle i zazwyczaj ma kształt stożka. A jednak mały diabełek 🙂

Z poważniejszych rzeczy – powiększony trzeci migdał. To przez niego synek sapie, oddycha przez buzię i pewnie łatwiej łapie infekcje. Długo nie dało się ustalić, czy migdał jest sobie powiększony i stąd te wszystkie historie czy tez może to choroby powodują powiększenie. Co wypadała nam wizyta, na której miało to zostać określone, mały łapał jakieś przeziębienie i znowu była zagadka, co było pierwsze. Ostatecznie jednak chyba od migdała się to wszystko zaczyna. Dodatkowo wymaz z nosa wskazał na streptokoki. Dostałam recepty na milion różnych specyfików, 3 różne syropy, dwa rodzaje kropel, antybiotyk w maści, sprej do nosa i szczepionka na te bakterie. Rozpiska jak to wszystko podawać była czytana niemal jak biblia.

Ostatnia kontrola wyszła nienajgorzej. Teraz mamy próbować z otoventem – taki balonik do dmuchania nosem, dla usprawnienia/przetkania uszu. Nie palę się do kupna tego wynalazku, bo znam moje dziecko i jego opór przed takimi nowinkami, nic nie pobije oczywiście „niebieskich bucików”, ale łatwo pewnie nie będzie. I znowu kontrola i decyzja, czy w przyszłości koniecznie trzeba małemu jednak wyciąć ten migdał. Bez komentarza.

Jakimś cudem udało się nam między tymi wszystkimi infekcjami pojechać do Karpacza, żeby dziecko choć raz zobaczyło śnieg i zjechało na sankach. Cała wyprawa się oczywiście z tego zrobiła, a kulminacyjnym punktem było (miało być) przyprowadzenie małego na górkę (po wniesieniu opłaty oczywiście), z której zjeżdżają uradowane dzieciaki na sankach i innych pojazdach typu plastikowy skuter czy dmuchana opona. Wszystko dostępne na miejscu, nic tylko piszczeć z uciechy. A więc jest super górka, jest śnieg, dzieciaki też, wszyscy się cieszą, pogoda jak na zamówienie, lekki mróz i słońce. Wszystko dla syncia. I co syncio na to? Po ponad dwóch godzinach jazdy w aucie i klepaniu mu do głowy, jak to super będzie na sankach? Mój syn stanął sobie z boku, tyłem do górki i przez pół godziny jedyne, co miał nam do powiedzenia to: „Ja chcę do domu”. No żesz kurna chata. Na kolanach go prawie błagaliśmy.

Syneczku, chodź, zobacz, jakie sanki, ile dzieci, jaki śnieg, zjedziesz z mamą/tatą/ciocią/wujkiem/kuzynem/kuzynką (bo wszyscy się na górkę stawili). NIE. Zjedziesz na skuterku, na oponie, na jabłuszku. NIE. Tu tak troszeczkę, mama cię pociągnie. NIE. Tatuś pociągnie. NIE. Zobacz, jakie sanki fajne, te z oparciem, te bez. Usiądź tylko na chwilkę. NIE, JA CHCĘ DO DOMU.

Witki opadają, powiedzcie sami. Przypomniało mi się tam na stoku wtedy, jak kiedyś zaprowadziliśmy małego do małpiego gaju, wnieśliśmy opłatę, a jakże, każdy kolejny kwadrans płatny, a mały gówniarz nagle z rozochoconego i „mama ja chcę” zmienił postawę o 180 stopni, zaczął wyć i było „mama, ja nie chcę”. Też było namawianie, uspokajanie i tłumaczenie. Kiedy już całkiem zrezygnowana zaczęłam mu wkładać zdjęte do dzikich harców buty, w końcu się odblokował i ostatecznie trudno było go stamtąd wyciągnąć.

No i z tymi sankami było podobnie. W końcu W KOŃCU!!! dzięki Ci Panie!!! wyraził ochotę zjechania. Ach, co to była radość!!! Już nie wiem, kto cieszył się bardziej, my czy mały…

Przypomniało mi się jeszcze coś. Na Krecie przez dwa tygodnie mały nie wszedł do hotelowego basenu. Nie i koniec. Chlapał trochę nogami przy brzegu i tyle. A syneczku, a kółeczko dmuchane, piłka, makaron, materac… NIE. No to nie, odpuściłam, bo sama za basenami nie przepadam i sto razy bardziej wolę kąpać się w morzu. Co jednak nie zmienia faktu, że mały ma swoje widzimisię i jest jak najbardziej daleki od owczego pędu. I długo oswaja nowinki. Kalkuluje, ocenia i podejmuje decyzję po rozważeniu różnych argumentów (serwowanych mu przez mamunię i tatunia, oczywiście). Wada to czy zaleta? Zależy jak patrzeć. Jako postępowanie w życiu? Jak najbardziej, rozsądek i chłodna głowa. Ale z drugiej strony – przez pół godziny obczajać zjazd na sankach? Hmm…

PS

Żeby nie było, że to tak tylko moje dziecko choruje – w przedszkolu odwołali pasowanie na przedszkolaka, bo frekwencja taka, że nie było kogo pasować…

O zimie i o zdobywaniu przyjaciół

No i mamy zimę. U mnie jest OK, 5 stopni mrozu i trochę śniegu, klasycznie więc, można powiedzieć. Uff, zawsze cieszę się, oglądając prognozę pogody, że nie mieszkam w Suwałkach. Słowo daję, raz tylko przez całe życie zdarzyło mi się widzieć, że jest tam cieplej niż w innych rejonach Polski i było to przedstawione przez pogodynkę prawie jak anomalia.

Jak tylko zrobiło się biało, za punkt honoru wzięłam sobie, by pokazać małemu co to śnieg itp. Ubieranie na dwór trwało pół godziny, ale co tam. Już w drodze na plac zabaw poczułam zbliżający się kłopot, bo synek zażądał łopatki, a gdy dotarliśmy do celu, z okrzykiem baba, baba! pognał do piaskownicy. I wytłumacz tu dziecku, że zmrożony piasek nijak się nie klei, babka żadna nie wyjdzie. Zamiast radochy ze śniegu było więc rozczarowanie i trochę łez.

Sam śnieg został zresztą dość pogardliwie określony jako tlata, czyli piana (taka jaka powstaje w kąpieli). Mały trochę się rozchmurzył, gdy pokazałam mu, że może tę tlatę zgarniać łopatką i pracowicie odśnieżył wszelkie powierzchnie płaskie na placu zabaw. Największa radocha była jednak wtedy, gdy poszliśmy na spacer i jakaś pani karmiła gołębie. Ja nie cierpię tych gruchaczy, wg mnie to tępe ptaki, nigdy nie najedzone, hałaśliwe i roznoszące choroby. Trochę mi było słabo, jak widziałam, że mały co chwila wbiega w kłębowisko tych pożeraczy chleba i śmieje się w głos, że odlatują, ale tylko na parę metrów, bo kto by zostawił pełne koryto. 

Pilnowanie dziecka na dworze w taką pogodę to jednak średnia przyjemność, ja szybko marznę, usiąść nie ma gdzie, po godzinie tupania na śniegu mam naprawdę dość. Ale staram się jednak codziennie wyjść, dla zdrowia, dla rozrywki (nie mojej oczywiście), dla rozwoju dziecka wreszcie (zawsze coś nowego można pokazać, wytłumaczyć). Zdaje się jednak, że inne mamy/opiekunki z mojej okolicy nie podzielają mojego zdania. Gdzie są te wszystkie dzieci, od których roiły się place zabaw latem i jesienią? Miejsca w piaskownicy nie można było znaleźć, kolejka do zjeżdżalni się ustawiała, a teraz? Łażę z małym sama, cały plac zabaw (jeden, drugi, trzeci) do naszej dyspozycji. Osiedle wygląda na bezdzietne, a wiem, że to nieprawda. 

Latem z kilkoma mamami udało mi się zapoznać, niemal codziennie się w końcu widziałyśmy a to przy zjeżdżalni, a to w piaskownicy. Kiedyś myślałam, że zawrę w ten sposób nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie. Niestety, nic z tego nie wyszło, ot, kilka rozmów o dzieciach (jakżeby inaczej), cześć, cześć i tyle. Niby coś nas łączy, podobna sytuacja, dzieci, ale w naszym wieku chyba już trudno o jakąś głębszą znajomość. Każdy żyje przede wszystkim swoimi sprawami; wyczuwam dystans, sama też nie wychylam się przed szereg. Nie to, co kiedyś w szkole, przyjaźnie na zabój, robimy to samo, myślimy to samo i podoba się nam ten sam chłopak. Nie rozdzielały nas osobiste problemy, bo ich po prostu nie miałyśmy, nie skłócały poglądy, bo też były słabo skrystalizowane. Liczyła się wspólna zabawa, ewentualnie pomoc w nauce.

W dorosłym wieku trudno zawrzeć szczerą znajomość, komu nie ostały się przyjaźnie z wcześniejszych lat, zostaje sam. Tak się złożyło, że wszyscy moi przyjaciele są co najmniej w innych miastach, większość jednak na emigracji. Pozostają tzw. znajomi, koleżanki, koledzy, ich małżonkowie, ale to nie to samo. Szkoda.

O tym, co normalne, a co nie

Przez to, że po Sylwestrze dwa dni dochodziłam do siebie, potem jacyś goście jeszcze, nasze odwiedziny u rodziny, na koniec jeszcze Trzech Króli – i ani się człowiek obejrzał, jak pierwszy tydzień dwatysiąceczternastego zleciał. Dziś właściwie dopiero zaczynamy z małym żyć dawnym rytmem, tzn. sami znowu cały dzień jesteśmy, bo mąż/tato w końcu poszedł do pracy… Kiedyś trzeba było. Nienormalnie tak ciągle świętować.

Nie lubię zimy i zimna, nie znoszę taplać się w tzw. błocie pośniegowym ani też nie tęsknię za czerwonymi od mrozu policzkami. Teoretycznie więc powinna mnie cieszyć obecna pogoda: 10 stopni na plusie, zielona trawa na skwerkach i słoneczko przyjaźnie świecące na niebie. No i tak nieśmiało się cieszę i korzystam, chodzę z małym na plac zabaw i robimy babki z piasku, jak gdyby nigdy nic.

Trochę się jednak czuję, jak więzień z odroczonym wyrokiem albo na przepustce – wiadomo, że te mrozy i śniegi jakieś w końcu przyjdą, a jak mają przyjść w marcu czy kwietniu (a już, nie daj Boże, w maju), to ja jednak wolę teraz, żeby spadło, co ma spaść i zmroziło, tak jak powinno, żeby już czekać na tę wiosnę, na ten marzec, kwiecień z czystym sumieniem. No, chyba że w ogóle nie będzie nic a nic zimy, spoko, byleby się to latem czkawką nie odbiło, jakimiś huraganami i deszczami padającymi nieprzerwanie przez całą kanikułę… Nie jest to normalne, jak wiadomo.

Znajomi kupili córce (1,5 rocznej) pod choinkę sanki. Raz ją w nich posadzili na próbę i teraz bidula siada w nich wygodnie, rączkę ze sznurkiem wyciąga w górę, by ktoś złapał i pociągnął. „Na szmatach ja po pokoju ciągamy” – mówią. No i to normalne nie jest, przyznacie sami.

W Biedronce powystawiali wielkie łopaty do odgarniania śniegu. Promocyja. Niech to raczej wyślą do Nowego Jorku…

Czytam „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego. Akurat czas bożonarodzeniowy, pasterka. Pisze Miron: Siada koło mnie jakaś baba stara. W końcu zapalają częściowo światła. Wychodzą mniejsi ministranci, trochę więksi, więksi, jeszcze więksi od tych większych. Na końcu ksiądz w paradnej kapie. (…) Baba obok mnie śpiewa. Bo inni to nie bardzo spiewają. Tym lepiej ja słyszę. Tym gorzej dla mnie.

Cały Miron. Na wskroś szczery i… normalny.