Nowy rok

Zaczął się kolejny rok, a jego początek świętowaliśmy na hucznym balu sylwestrowym, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dwa dni wcześniej. Jakoś tak zgadaliśmy się ze znajomymi, że mają wolne miejsca przy stoliku, a my nie mamy żadnych planów. Z pewnymi wyrzutami sumienia podrzuciliśmy małego moim rodzicom i wystrojeni w cekiny (ja) i szpilki (ja), pojechaliśmy do restauracji. Było fajnie, mimo średniego jedzenia i nieprzemyślanej muzyki. Sama w pół godziny ułożyłabym taka listę hitów, że goście nie usiedliby ani na moment, niestety para, która puszczała piosenki – bo daleko im było do didżejowania – uznała, że świetnym pomysłem jest totalny mix nastrojów i gatunków muzycznych, na zasadzie – chyba – „dla każdego coś miłego, co trzy minuty co innego”. Tak więc po Abbie poleciał dr Alban, następnie Krawczyk, po nim jakieś techno, od razu „Jesteś szalona” i tak dalej, to było straszne po prostu. Ale z mężydłem mamy na to sposób! Przyjechaliśmy do domu po drugiej i jeszcze z godzinę tańczyliśmy sobie do wszystkich tych hitów, jakich nam zabrakło na zabawie. Wariaci? Być może 🙂

Święta minęły fajnie, jak co roku rodzinnie i bez śniegu. Dzieciaki zostały obsypane prezentami, co zawsze wzbudza we mnie wątpliwości, czy nie za dużo tego dobrego. Mąż określił się dosadniej: za rok jeden prezent i koniec! To prawda, mały ma mnóstwo zabawek, a i tak najchętniej bawi się z nami w jakieś totalne wariactwa na łóżku typu „goni mnie potwór”, kończące się gilgotaniem pod kołdrą. Wiem, że najlepiej bawiłby się z drugim chłopcem w podobnym wieku i męczy mnie to, że nie zafundowałam mu brata i nie mam w planach takich „prezentów”, zresztą na „podobny wiek” już za późno. Kto ma więcej praw w takiej sytuacji? Matka, która nie chce mieć więcej dzieci czy dziecko, które chciałoby mieć w domu towarzysza zabaw? Złapałam się na tym, że jestem tak nastawiona na mojego syna, że o ewentualnym potomku myślę tylko w kategorii „kolegi do wspólnych zabaw”. A wiadomo, że to scenariusz totalnie nieprawdziwy, nie mający nic wspólnego z wrzeszczącym niemowlakiem i niewyspaną matką.

Zmieńmy temat: ze zdrowiem małego lepiej; ostatni antybiotyk brał w sierpniu – najpierw na lekką anginę, potem na wczasach na ucho. Od tamtej pory spokój i jest to chyba najdłuższy okres bezantybiotykowy odkąd mały poszedł do przedszkola (czyli od 2,5 roku). Jesienią był jedynie dwa razy lekko przeziębiony, a ostatnio uatrakcyjnił nam noc nagłymi wymiotami, ale nie zrobiły na nim jakiegoś większego wrażenia:

– Mamo, a dlaczego ja wymiotowałem?

– Nie wiem, synku.

– Mamo, a co to za zielone pudełko?

– …?

– Mamo, a czemu tak szybko do mnie biegłaś?

– …? Bo słyszałam, że wymiotujesz…

– Aha.

Chodzimy nadal do laryngolog i alergolog, ale chyba one same nie wiedzą, co dalej robić. Mały ma przewlekle zatkany nos. Z testów alergicznych na skórze nic nie wyszło, z krwi wyszedł słabo kot i kakao, za słabo, by dawać objaw zatkanego nosa, zwłaszcza, że nie mamy kota! Zrobiliśmy kolejne badania – wymaz z nosa i gardła, czekamy na wyniki. Mały był zachwycony kolejną wizytą w labie, nie ma co…

Ahoj.

Znowu chorzy

Kolejny raz choroba u nas w domu. Jestem już tym bardzo zmęczona, zwłaszcza że to powtórka z zeszłego roku, kiedy do świąt też przygotowywałam się z kaszlem i bólem głowy. Mały na przełomie listopada i grudnia złapał infekcję gardła. Niby nic bardzo złego, ale miał też stany podgorączkowe, więc po kilku dniach lekarka nakazała zbadać CRP. Wyszło prawie 70 przy normie do 2… No to antybiotyk poszedł w ruch. Po skończonej kuracji mały poszedł do przedszkola na 5 dni (całe 5!) i zaczęło się zapalenie ucha. Tyle że zdążył zaliczyć wizytę Mikołaja w przedszkolu. Ale ominęły go dwa wyjścia do teatru, jasełka, kiermasz świąteczny… To mnie bardzo boli, to dodatkowa strata, oprócz choroby, leków, nieprzyjemnych badań jeszcze to, że sporo fajnych rzeczy w przedszkolu mu umyka. Doszło do tego, że moje dziecko jęczące dotąd, że nie chce do przedszkola, teraz mnie prosi, żeby go tam zaprowadzić… Albo chociaż na plac zabaw, mamo… Serce mi się kraje.

Jak na zbawienie czekam na ten zabieg w lutym. Na razie jesteśmy zapisani na wycięcie trzeciego migdała, ale laryngolog mówi, że chyba trzeba zlikwidować też boczne. Oboje jesteśmy z mężem źli, że czekaliśmy tak długo. Lekarka nas uspokajała, że możemy czekać na ten lutowy termin, ale jakbym wiedziała, jak będzie, poszlibyśmy załatwić sprawę prywatnie już we wrześniu. Zabieg zawsze jest konieczny do przeprowadzenia, kiedy dziecko głuchnie, u nas tego nie ma, ale za to non stop tony leków, krople, syropy, zawiesiny… Już drugi tydzień leczymy małego bez antybiotyku, a to wiąże się z ciągłą kontrolą, czy się stan nie pogarsza, byliśmy już 4 razy u lekarza. Dodatkowo my się zarażamy od syna. Ja kaszlę tak, że mało płuc nie wypluję, męża łamie w kościach. W dodatku ta wiosna za oknem… Zero świątecznej atmosfery 😦 

Mam nadzieję, że naprawdę po tym zabiegu się odmieni, trzymajcie kciuki. I wszystkiego dobrego na świąteczne dni!

O tym, co normalne, a co nie

Przez to, że po Sylwestrze dwa dni dochodziłam do siebie, potem jacyś goście jeszcze, nasze odwiedziny u rodziny, na koniec jeszcze Trzech Króli – i ani się człowiek obejrzał, jak pierwszy tydzień dwatysiąceczternastego zleciał. Dziś właściwie dopiero zaczynamy z małym żyć dawnym rytmem, tzn. sami znowu cały dzień jesteśmy, bo mąż/tato w końcu poszedł do pracy… Kiedyś trzeba było. Nienormalnie tak ciągle świętować.

Nie lubię zimy i zimna, nie znoszę taplać się w tzw. błocie pośniegowym ani też nie tęsknię za czerwonymi od mrozu policzkami. Teoretycznie więc powinna mnie cieszyć obecna pogoda: 10 stopni na plusie, zielona trawa na skwerkach i słoneczko przyjaźnie świecące na niebie. No i tak nieśmiało się cieszę i korzystam, chodzę z małym na plac zabaw i robimy babki z piasku, jak gdyby nigdy nic.

Trochę się jednak czuję, jak więzień z odroczonym wyrokiem albo na przepustce – wiadomo, że te mrozy i śniegi jakieś w końcu przyjdą, a jak mają przyjść w marcu czy kwietniu (a już, nie daj Boże, w maju), to ja jednak wolę teraz, żeby spadło, co ma spaść i zmroziło, tak jak powinno, żeby już czekać na tę wiosnę, na ten marzec, kwiecień z czystym sumieniem. No, chyba że w ogóle nie będzie nic a nic zimy, spoko, byleby się to latem czkawką nie odbiło, jakimiś huraganami i deszczami padającymi nieprzerwanie przez całą kanikułę… Nie jest to normalne, jak wiadomo.

Znajomi kupili córce (1,5 rocznej) pod choinkę sanki. Raz ją w nich posadzili na próbę i teraz bidula siada w nich wygodnie, rączkę ze sznurkiem wyciąga w górę, by ktoś złapał i pociągnął. „Na szmatach ja po pokoju ciągamy” – mówią. No i to normalne nie jest, przyznacie sami.

W Biedronce powystawiali wielkie łopaty do odgarniania śniegu. Promocyja. Niech to raczej wyślą do Nowego Jorku…

Czytam „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego. Akurat czas bożonarodzeniowy, pasterka. Pisze Miron: Siada koło mnie jakaś baba stara. W końcu zapalają częściowo światła. Wychodzą mniejsi ministranci, trochę więksi, więksi, jeszcze więksi od tych większych. Na końcu ksiądz w paradnej kapie. (…) Baba obok mnie śpiewa. Bo inni to nie bardzo spiewają. Tym lepiej ja słyszę. Tym gorzej dla mnie.

Cały Miron. Na wskroś szczery i… normalny.

Po co nam te dzieci?

No i mamy kolejny rok. Jedna z pierwszych myśli, jakie przyszły mi do głowy odnośnie tego wydarzenia, to: mały w tym roku skończy 2 lata. I tu pojawić się musi banalny okrzyk: kiedy to minęło?! Naprawdę, trudno uwierzyć w upływający czas, kiedy każdy dzień jest niemal identyczny z poprzednim… Mały co prawda rośnie i ciągle ma nowe pomysły na zdemolowanie naszego mieszkania, jednak ogólny rozkład dnia jest niezmienny – ubieram go, zmieniam pieluchy, chodzę na spacerki, karmię, usypiam, uspokajam, zabawiam, wieczorem kąpiel, piżamka, kolacja… A rano od nowa.

Zmiany oczywiście są, zwłaszcza jeśli ma się pod ręką małe dziecko do porównania. Byliśmy u znajomych na Sylwestra, mają czteromiesięczną dziewczynkę i nagle przy niej mój synek okazał się kolosem 🙂 Nie mogłam też wyjść z podziwu (i lekkiej zazdrości) jak łatwo idzie przebieranie i zmiana pieluchy u takiego dzieciątka. ONO PO PROSTU LEŻY! JEDYNE ZAOBSERWOWANE RUCHY TO LEKKIE MACHANIE RĄCZKAMI I NÓŻKAMI! Moje dziecko podczas przebierania zamienia się w ośmiornico-wija i jeśli matka (czyli ja) nie okaże się dość pomysłowa w zabawianiu, ze zmiany pampersa nici, a kupsko rozmazane na plecach. Powzdychałam więc nad tym czteromiesięcznym maleństwem, wysłuchałam, jak to zaniepokojeni rodzice uczą je turlania, żeby biedactwo nie leżało tak bez ruchu na pleckach, po czym skoczyłam ratować podłogę przed zalaniem, bo kątem oka zobaczyłam, że mój synuś dorwał konewkę z wodą, beztrosko postawioną w zasięgu jego rączek.

Taaaaaak, mieszkania ludzi z dzieckiem niechodzącym różnią się znacznie od tych, w których grasuje mały krasnal na pałąkowatych nogach. U tych moich znajomych na kanapie leżał laptop z kablem, z monitora na szafce też zwisał kabelek, na niskich półeczkach stały figurki i kwiatki, w kącie na podłodze choinka pełna bombek, a po imprezie sylwestrowej w kuchni butelki po winie i szampanie, których brzdęk natychmiast usłyszeliśmy, kiedy wkroczył tam mój mały.

Ogólnie Sylwester wyglądał tak, że na zmianę biegaliśmy do pokoju obok, by setny raz położyć małego spać w łóżeczku turystycznym (musieliśmy przecież nocować, bo niby jak po północy wracać ze śpiącym dzieckiem w piżamce?). Synek usnął w końcu po 22, wtedy koncertować zaczęła mała, potem mnie się zachciało spać, bo przecież ludzie z dzieckiem, to ludzie niewyspani… Towarzysząca nam para znajomych starających się dopiero o potomka obserwowała nasze działania, a ich miny mówiły: czy my naprawdę musimy mieć to dziecko?

To jest trudne to wytłumaczenia, a nawet chyba niemożliwe, ta chęć posiadania dzieci. Z dzieckiem jest masa roboty niemal non stop, nie masz swojego życia – jak stwierdziła bezdzietna z premedytacją Maria Czubaszek. Przed jakimś większym wyjściem nie malujesz w skupieniu paznokci, tylko sprawdzasz, czy zapakowałaś mleko i butelkę, i pampersy, i smoczek, i łóżeczko turystyczne, i sto innych rzeczy (to opis mojego szykowania się na Sylwestra). Przy wigilijnym stole nie rozkoszujesz się uszkami z barszczykiem, tylko latasz po sali za swoim dzieckiem, szarpiącym za obrus tudzież wlatującym paniom kelnerkom pod nogi (to opis mojej ostatniej Wigilii).

A jednak chcemy mieć te dzieci. Staramy się o nie, a potem dbamy i kochamy do szaleństwa. Wydajemy na nie majątek, najpierw żeby w ogóle się poczęły, potem urodziły, a następnie dobrze chowały. Nie widzę w tym za grosz logiki.

I tu muszę chyba zakończyć pompatycznym stwierdzeniem, że miłość nie jest logiczna, po prostu. A innej motywacji, niż miłość, do posiadania tych małych terrorystów nie widzę.

Miałam pisać o czymś konkretniejszym, ale chyba ten deszczowy początek nowego roku tak mnie nastroił filozoficznie.

Melancholija mnie dopadła…

Święta wprowadziły mnie w nastrój melancholijno-depresyjny z lekka… Najpewniej dlatego, że tak szybko przeminęły, niewspółmiernie szybko do ilości czasu poświęconego na ich przygotowanie.  Tyle kupowania, kombinowania z prezentami, wpatrywania się z niepokojem w szybę piekarnika, czy sernik nie siada… A tu szast-prast i po wszystkim.

Jak zwykle zjechała się cała moja najbliższa rodzina (w sumie kilkanaście osób) i, jak zwykle, nie udało się ze wszystkimi spokojnie porozmawiać, przez co czuję spory niedosyt.

W Wigilię, urządzaną u mojego brata, było zamieszanie z rozpakowywaniem się,  z przygotowywaniem potraw, z upychaniem w lodówce i w spiżarce tego, co przywieźliśmy do jedzenia… Już dzień wcześniej chodziłam cała zestresowana – bałam się, że czegoś zapomnę zabrać, sto razy sprawdzałam – czy pieluchy wzięte, czy ubranka na zmianę, Bebilon, butelki, smoczki, wózek, kocyk… Wyjazd z domu z małym dzieckiem to całe logistyczne przedsięwzięcie, jak to dobrze, że wzięłam sobie męża z autem typu kombi…

W pierwszy dzień Świąt dojeżdżała na raty reszta rodziny. Gwar, wrzaski dzieciaków, szał wśród prezentów, z rozpakowaniem których wstrzymaliśmy się do momentu przyjazdu wszystkich ciotek i wujków… W tzw. międzyczasie mieliśmy z mężem na głowie karmienie małego, usypianie, zmiany pieluch, mycie dupska z marchewkowej kupy… Nie dość więc, że z każdym by się chciało zamienić więcej niż słowo, to jeszcze sporo czasu zajęła nam po prostu opieka nad małym. To nowe doświadczenie po tylu latach zajmowania się tylko sobą…

I tak naprawdę wieczorem, kiedy wreszcie można było usiąść spokojnie i pogadać, my musieliśmy się zebrać i wracać do siebie, żeby rano pojechać z wizytą do rodziny męża.

Co dziwne, mały całe to zamieszanie zniósł lepiej ode mnie. Mimo hałasu i tłumu nieznanych mu osób, z których każda chciała go brać na ręce lub co najmniej pomachać mu przed nosem nową zabawką, był zadowolony i uśmiechnięty, marudził chyba mniej, niż zazwyczaj! Nie przejął się za bardzo rozbitym rytmem dnia, nie złościł się, kiedy w środku zabawy pakowaliśmy go w kombinezon i do auta, ani kiedy wyciągaliśmy go z fotelika akurat, gdy właśnie uciął sobie drzemkę. Po prostu dziecko stworzone do podróżowania i imprezowania! Po całym tym kołowrocie ze zrozumieniem przyjął fakt, że jego kąpiel ma kilkugodzinny poślizg, po czym usnął spokojnie na całą noc (Bogu dzięki!).

Smutno jest mi też, bo musiałam zakończyć moją walkę o mleko w piersiach. Miałam go coraz mniej, mały ssał niechętnie i krótko, denerwował się, bo leciało mało i powoli, w końcu już w ogóle o cycu nie chciał słyszeć. Myślałam, że będę się cieszyć, że wreszcie mogę ciepnąć laktator w kąt, napić się wina i zjeść wszystko, bez oglądania się na dietę matki karmiącej. Wcale jednak nie miałam ochoty na odmawiane sobie tyle czasu pomarańcze czy pierogi z kapustą, a lampka wina stała się raczej przypieczętowaniem mojej porażki niż miłym odprężającym akcentem wieczoru. Nie było mi też przyjemnie przed rodziną, pytania i teksty w rodzaju: „A co, już nie karmisz?”, „Możesz pić wino?”, „Może za mało jadłaś i dlatego straciłaś pokarm?”, „Już dajesz mu papki, może za wcześnie? Aha, bo ja karmiłam piersią, to tak szybko nie musiałam wprowadzać…”, „Moje dzieci nie znały innego smaku niż mleko do końca szóstego miesiąca…” łykałam jak gorzkie pigułki.

Co jeszcze mi tak zwichrowuje nastrój? Nie wiem, co z moją pracą w nowym roku, w styczniu kończy mi się urlop macierzyński, a razem z nim przelewy z ZUS-u. Były, co prawda, jakieś mgliste plany mojego szefa o moim pracowaniu w domu, ale coś mi się zdaje, że to było bardziej gadane ot tak, niż faktycznie brane realnie pod uwagę…

Mały jest coraz bardziej absorbujący i nie mogę się za bardzo łudzić, że zrozumie, gdy powiem mu: Teraz mama ma do wykonania ważne zlecenie i przez najbliższe dwie godziny nie może cię nosić ani zabawiać… I tak, z jednej strony nie wyobrażam sobie opiekowania się małym i równocześnie zajmowania się logistyką i transportem w mojej prawie-byłej firmie, z drugiej – jakże to, będę miała puste konto? Brak dochodów?

Dziwnie mi i smutno zarazem.

Back to reality…

Wyjazd na Święta w góry był pomysłem dos-ko-na-łym. Pogoda była jak z amerykańskich filmów o Christmas – słońce i leniwie opadające płateczki śniegu, do tego lekki mróz. Cudo. Spacery po śniegu i w śniegu, zjeżdżanie na sankach (chyba pierwszy raz od 20 lat śmigałam z górki, trzymając lejce w rękach), a wieczorem kupa śmiechu przy Scrabblach. Zero telewizji, zero ciężkiego brzucha, skutecznie niwelowanego spacerowaniem wśród ośnieżonych drzew. I wśród saren! Podchodziły naprawdę blisko. Dla nas to atrakcja, ale one pewnie głodne bidule…


Pierwsze takie Święta

Bardzo filmowo by było czekać z informacją o dwóch buraczkowych kreskach do wspólnego świątecznego spotkania z rodziną w górach. Ale pomyślałam, że baby by mi nie wybaczyły tak długiego trzymania języka za zębami, co potwierdziło się, kiedy zadzwoniłam po czterech (!) dniach zwłoki (w czasie których zdążyłam wcisnąć się na wizytę do doktora; potwierdził wynik testu).
– No wiesz! Wiesz od soboty, a dzwonisz we wtorek? (to mama)
– No i ile jeszcze chciałaś czekać z informacją! (siostra)
Święta i tak będą wyjątkowe, bo pierwszy raz jedziemy sobie w góry, do pensjonatu/schroniska. Pierwszy raz mama nie będzie latać od pierogów do stołu i z powrotem, nie będziemy po kolei nosić barszczówek z barszczem, nie będziemy krzyczeć do mamy „usiądź wreszcie”, oczekując równocześnie non stop zastawionego jadłem stołu i czystych talerzy.
Trudno było pomóc mamie, Wielkiej Gospodyni, skoro wszystko wie najlepiej, to jej kuchnia, jej gotująca się woda na uszka i jej skwiercząca rybka na patelni. Nie było jak się w to wciąć, nie wiedzieliśmy, na jakim etapie gotowania jest barszcz i na której półce w piwnicy leży sernik i gdzie jest karp w galarecie. Postanowiliśmy więc położyć temu kres i po raz pierwszy pozwolić mamie odpocząc w czasie Świąt, a nie po.
Zobaczymy, jak to wyjdzie, wyjazd jutro.