Krztusiec is back!

W moim przedszkolu dziś pojawiła się kartka ostrzegawcza (obok tych o szkarlatynie i -obowiązkowo – wszawicy) odnośnie krztuśca. Otóż, że się pojawił, moi drodzy!

Składam gratulacje rodzicom wyedukowanym w internecie, podniecających się pseudonaukowymi „artykułami” o szkodliwości szczepionek. Serdecznie wam gratuluję, durnie! Czy któryś z was wie, że twórca teorii mówiącej, że szczepionki wywołują autyzm odszczekał to już dawno temu??? Że sfałszował „badania”? Czy kogoś to obchodzi? Widać, że nie, skoro tak wielu rodziców nie zaszczepiło swoich dzieci, aż wirus się odrodził. Co mają zrobić ci rodzice, którzy z różnych przyczyn NIE MOGLI zaszczepić swoich dzieci? Skoro nie martwicie się o zdrowie waszych dzieci, pomyślcie przez chwilę o innych!

Ręce opadają. Tak jakby mało było innych chorób, takich, przed którymi nie możemy się bronić szczepionkami.

Co następne? Odra, co tam odra, może czarna ospa??

 

 

Odczepcie się od szczepień

Za każdym razem, kiedy słyszę, że szczepionki szkodzą i powodują autyzm, a tak w ogóle to po co truć dziecko i lepiej nie szczepić, wołam o pomstę do nieba i pytam: czy my żyjemy w średniowieczu? W tzw. wiekach ciemnoty i zabobonu? Czy też może mamy XXI wiek, usuwamy blizny laserem, na zapalenie płuc stosujemy antybiotyki, badamy się tomografem, sprawdzamy rozwój płodu przez USG oraz – uwaga – szczepimy się na te choroby, na które, dzięki Bogu i naukowcom – wynaleziono szczepionki.

Może trochę faktów:

„W 1980 r. zniknęła czarna ospa, zbierająca wcześniej obfite śmiertelne żniwo. Z kolei szczepionka na polio wyeliminowała tę chorobę w Ameryce i Europie, co spowodowało, że kilkadziesiąt tysięcy dzieci nie staje się każdego roku kalekami.

A jednak od lat 90. XX w. niechęć do szczepionek systematycznie rośnie. W 2010 r. Kalifornia odnotowała 5,2 tys. przypadków krztuśca (ostrej choroby zakaźnej wywoływanej przez bakterie), najwięcej od ponad pół wieku. W tym roku nastąpił zaś 13-krotny wzrost, w porównaniu z 2011 r., liczby przypadków tej choroby w stanie Waszyngton. Prof. Steven Salzberg z Johns Hopkins University, wybitny specjalista od chorób zakaźnych, tak komentuje te dane na swoim blogu: „z powodu antyszczepionkowej histerii Stany Zjednoczone znajdują się w środku największej epidemii krztuśca od 70 lat”. W innych rejonach Ameryki wybuchają z kolei lokalne epidemie odry. Podobnie dzieje się w Wielkiej Brytanii. A wszystko to spowodowane jest wzrostem liczby osób odmawiających szczepienia dzieci na te choroby.”

I trochę historii genezy antyszczepionkowej propagandy:

„26 lutego 1998 r. dr Wakefield (chirurg specjalizujący się w chorobach układu pokarmowego – przyp. mój) wystąpił na konferencji prasowej […], podczas której poinformował dziennikarzy, że istnieje „uzasadnione podejrzenie” związku między potrójną dziecięcą szczepionką MMR (przeciw odrze, śwince i różyczce) a autyzmem. Dwa dni później prestiżowe czasopismo medyczne „The Lancet” opublikowało artykuł na ten temat, którego głównym autorem był ów brytyjski chirurg. Dowodził, że przewlekłe zapalenie jelita grubego u dzieci jest związane z autyzmem. A obydwie choroby miałby wywoływać wirus odry. Przy czym dostawałby się on do organizmu w trójskładnikowej szczepionce MMR.

Choć większość specjalistów od początku bardzo sceptycznie podchodziła do tej publikacji, opartej jedynie na analizie 12 przypadków chorych dzieci, dopiero w 2004 r. prawda wyszła na jaw. Teoria brytyjskiego chirurga oraz mające udowadniać ją badania okazały się zwykłym oszustwem (wszystkie podkreślenia moje). Zostało ono wykryte w wyniku jednego z najdłuższych śledztw w historii dziennikarstwa, przeprowadzonego przez znanego w Anglii reportera Briana Deera z „Sunday Times”. Za jego sprawą Brytyjska Komisja Medyczna wszczęła dochodzenie. Potwierdziło ono, że Wakefield fałszował wyniki, m.in. licząc na zarobek. Dogadał się bowiem z firmami mającymi produkować zestawy diagnostyczne do wykrywania rzekomego schorzenia jelit wywoływanego przez wirusa oraz alternatywne wobec MMR szczepionki.

W 2010 r. „The Lancet” wycofał publikację Wakefielda sprzed 12 lat. Natomiast Brytyjska Komisji Medyczna w maju 2010 r. uznała chirurga za winnego nieuczciwości, nieetycznego postępowania i poddawania dzieci nieuzasadnionym, inwazyjnym badaniom klinicznym. Dlatego został on usunięty z rejestru lekarzy.”

Mimo tych niezaprzeczalnych faktów, nadal słyszę wśród rodziców małych dzieci, że boją się je szczepić, bo to może spowodować autyzm, bo gdzieś coś o tym słyszeli, a że słyszeli niedokładnie, na wszelki wypadek boją się wszystkich szczepionek, nie tylko oskarżonej o najgorsze MMR. Czyli idą o krok dalej niż twórca całej tej pseudoteorii.

Drugi winny szczepionkowej histerii to tiomersal (w USA występujący pod nazwą thimerosal), czyli substancja konserwująca zawierająca rtęć (a dokładnie jej organiczny związek zwany etylortęcią). Obecnie wycofany ze szczepionek, również w Polsce. Nie ma dowodu, że był to rzeczywiście niebezpieczny konserwant, jednak znowu: „…nieliczni naukowcy zaczęli głosić teorie o związku szczepień z autyzmem. W USA był to duet lekarzy Mark i David Geier, ojciec i syn, niezatrudnieni w żadnej instytucji naukowej, za to posiadający bardzo kiepsko wyposażone własne laboratorium, mieszczące się w piwnicy ich domu.

Tezy Geierów trafiły na bardzo podatny grunt w postaci prężnych amerykańskich stowarzyszeń rodziców dzieci chorych na autyzm. Dla nich wskazanie przyczyny choroby, a więc również winnego, było niezwykle ważne z psychologicznego punktu widzenia.”

Bardzo współczuję rodzicom dzieci chorych na autyzm, samym dzieciom również, rozumiem też, że trudniej zaakceptować chorobę „znikąd” od takiej, która ma konkretne przyczyny. Nie akceptuję jednak nagonki na szczepienia, uważam, że jest niebezpieczna, bo skłania niezdecydowanych do unikania szczepionek, a konkretniej – do narażenia własnych dzieci na ryzyko zachorowania na groźne choroby. A to wszystko w imię ich dobra… Nie wspomnę już o „wskrzeszaniu z martwych” chorób, o których dawno już wszyscy zapomnieli, lekarze też, dlatego często maja kłopot z rozpoznaniem, gdy już trafi im się taki „prehistoryczny” przypadek.

W artykule, który tu cytuję (Zastrzyk strachu Marcina Rotkiewicza z Polityki z 31.07.12) opisana jest Jenny McCarthy, była modelka, prezenterka, aktorka i matka autystycznego chłopca. „Kilka lat temu zaczęła prowadzić w USA szeroko zakrojoną kampanię przeciw szczepieniom […]. Od tamtego czasu gorąco propaguje tezy Geierów oraz Wakefielda (napisała nawet przedmowę do jego książki) oraz niebezpieczne „alternatywne metody” leczenia autyzmu.

W 2007 r. wydała własne dzieło „Louder Than Words: A Mother’s Journey in Healing Autism”. W trakcie promocji tej książki była zapraszana do najpopularniejszych telewizyjnych talk-shows w Ameryce. Gdy gościła u słynnej Ophry Winfrey […], w pewnym momencie padło pytanie, skąd czerpie specjalistyczną wiedzę na temat zgubnego wpływu szczepionek. McCarthy bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „Swój tytuł zdobyłam na uniwersytecie Google” (czyli posiadam wiedzę wyłącznie z Internetu), a poza tym „kieruję się instynktem matki”.

Gratuluję…

Osobiście większe zaufanie mam do nieco lepiej wykształconych osób, dlatego gorąco polecam blog pani Ewy Krawczyk – dr nauk medycznych i specjalistki w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej. Pani doktor jest absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, a od ponad 7 lat pracuje na Georgetown University w Waszyngtonie.  W Polityce z 13.03.12 ukazała się rozmowa z nią, dotycząca wprawdzie leczenia raka (Wyhodować pacjenta), ale zahaczająca również o temat szczepionek:

Zajmuje się też pani popularyzowaniem nauki – m.in. prowadzi po polsku blog http://sporothrix.wordpress.com. A w nim sporo energii poświęca histerii wokół szczepionek. Dlaczego akurat ten temat wydał się pani tak istotny?
Niestety, wielu ludzi daje posłuch szarlatanom twierdzącym, że szczepionki przed niczym nie chronią i że są szkodliwe. Nie jest to zjawisko nowe, ale przybiera na sile. Efektem tego jest wzrost liczby przypadków chorób, które dzięki szczepionkom były już bardzo rzadkie. Histeria wokół szczepionek stanowi zatem zagrożenie dla nas wszystkich. Popularyzowanie nauki jest w tym wypadku dawaniem oręża do walki z pseudonauką – oręża, którego czasem może brakować niespecjalistom. Uważam więc, że warto to robić, i chciałabym mieć na to trochę więcej czasu.”

Nic dodać, nic ująć.

I bądź tu mądry

Parę dni temu byliśmy u lekarza. Mały bilansik + ostatnie (czwarte) szczepienie na pneumokoki. 290 zł poooszłoooo! Dobrze, że to już koniec, dobrze, że jako tako nas na to stać. Mamy spokój ze szczepionkami przez najbliższe kilka lat.

Na wizytę wzięłam ze sobą męża, bo pamiętam, co mały ostatnio wyprawiał. Wielki chojrak w domu, nawet wśród obcych, w gabinecie pani doktor zmienia się w płaczące nieszczęście walczące o wolność. Do tego strasznie silne, więc mąż jest niezbędny, żeby gościa przytrzymać przy badaniu. Osłuchanie plecków to było kręcenie się w kółko, bo mały za żadne skarby nie chciał spuścić doktorki z oka. O, dziwo, ważenie poszło dobrze, jakimś cudem synek przez kilka sekund trwał na wadze bez ruchu. I wyszło szydło z worka, mój ból pleców ma solidne uzasadnienie – 13,13 kg. Z gardłem poszło gładko, bo mały się po prostu darł, więc buzia była szeroko otwarta. Wzrost musieliśmy zmierzyć sami, pani doktor się schowała za biurko, dzięki czemu synek zgodził się stanąć przy centymetrze i wyszło 82 cm. Całkiem więc pokaźny chłop z tego naszego małego.

Nie wiem, czemu synek aż tak panicznie reaguje na lekarkę, pani jest bardzo miła, ta sama od jego pierwszej tam wizyty, ma kolorowe zabawki i ciemne włosy jak mama. No nic, trudno. Nie przemówię mu teraz do rozsądku.

Teraz inne aspekty wizyty: pierwszy raz mam wątpliwości, czy pani doktor nie jest nadgorliwa. Mam dylemat, bo jeśli ma rację, to ja nie mogę czegoś nie dopilnować. Z drugiej strony…

Po pierwsze, lekarka bardzo przeżywa wygięte nóżki małego. Nie są jakoś specjalnie pałąkowate. Kilka miesięcy temu oglądał je ortopeda, a były wtedy bardziej wygięte i powiedział, że jest OK, normalny fizjologiczny rozwój. Taka szpotawość jest normalna do drugiego roku życia. O taki rozstaw bioderek walczyliśmy, pieluchując szeroko małego przez jakieś pół roku. A teraz nagle doktor każe nam przyjść znowu za dwa miesiące, bo szpotawość, bo okrągłe. Spytałam wprost – czy powinien mieć teraz proste nogi jak dorosły? No, nie, absolutnie. Więc o co chodzi? O kontrolę. No ok. Mamy kupić solidne kapcie, chociaż niektórzy specjaliści zalecają bieganie w skarpetach, a więc dwie skrajności. Hmm…

Druga rzecz – mały ma otwartą buzię dość często. Jakiś rok temu sprawdzaliśmy to u laryngolog i nic niepokojącego nie znalazła. Do tej pory doktorka nie zwracała na to uwagi. Teraz nagle każe nam zrobić badanie kamerką wprowadzaną przez nos, by sprawdzić, czy trzeci migdał nie jest za duży. Najlepiej prywatnie, bo na NFZ się czeka. Jak pomyślę o takim badaniu u małego, to MNIE się słabo robi. Gdy pomyślę, że paznokcie obcinam mu tylko, jeśli mąż trzyma mu rączki i nóżki, a katar mogę odciągnąć fridą tylko, jeśli niemal sama się na małym położę, by unieruchomić go własnym ciężarem, bo inaczej wyrywa się, szarpie i kopie, to ja ten endoskop z kamerką widzę w nosie, ale u pana doktora, a nie u małego. Zostanie mu tam wepchnięty kopniakiem małą nóżką… Mam wątpliwości, czy coś takiego jest konieczne, wolę jeszcze sprawdzić na normalnej wizycie u laryngologa.

No i trzecia sprawa – siusiak. Już od dawna lekarka kazała odciągać napletek. Odciągaliśmy. Teraz mówi, żeby jeszcze mocniej to robić. I tu mam opory i wątpliwości – boję się, że coś naderwiemy. Że to nie jest konieczne, bo kiedyś tego nie robiono i było OK. Dlaczego właściwie lekarze każą to robić małym chłopcom, skoro dopiero w wieku 3-4 lat (jak czytałam) napletek SAM oddziela się od reszty. Mały nie ma żadnej wady, podejrzenia stulejki, kłopotów z siusianiem. W necie, książkach i prasie są prezentowane dwie przeciwstawne opinie:

1. Rozciągać napletek, bo mogę być potem kłopoty i trzeba będzie rozcinać chirurgicznie.

2. Nie rozciągać, w ogóle nie ruszać, bo można uszkodzić, zrobią się blizny i dopiero będzie problem.

No żesz kurna, zwariować można. Pytałam moją mamę i – tak jak myślałam – 40 lat temu nic podobnego nie robiła mojemu bratu i w ogóle się o czymś takim nie mówiło. Brat jest zdrowy i ma dwoje dzieci. Żadnych stulejek po drodze.

Wkurza mnie to rozdwojenie w medycynie. Nie wiadomo, komu ufać, kto ma rację, kto jest nadgorliwy, a kto się nie douczył. Ech…