Hop i już – nie dla każdego, czyli fiku miku kontra zastrzyki w brzuch

Odebrałam kilka dni temu paszport małego. Wyprawa do miasta z wózkiem to niezły sprawdzian uczynności dla wrocławian. Muszę powiedzieć, że zdany na piątkę. Ale z drugiej strony szkoda, że taki test muszę przeprowadzać. Nie ma jednak takiej opcji, żebym sama wtargała wózek z małym do tramwaju. Akurat pod urząd jeździ pojazd starego typu, taki z dwoma wielkimi schodami. Gdyby nie pomoc przypadkowych osób, nie byłabym w stanie wsiąść, nie wspomnę o wysiadaniu. Tak jak wspomniałam, ludzie byli bardzo uczynni, sami oferowali pomoc, przeżyłam jednak chwile grozy w drodze powrotnej, kiedy to tramwaj coraz bardziej pustoszał. Dzięki Bogu ostał się jeden pasażer i pomógł mi wyjść, w przeciwnym wypadku pozostawały mi albo nerwowe okrzyki do ludzi stojących na przystanku (jeśliby takowi byli) albo podróż na pętlę i pomoc motorniczego. Już nigdy nie wsiądę do drugiego wagonu, bo nie miałam nawet możliwości zastukać do kierowcy.

Moja przyjaciółka dwa tygodnie temu poddała się zabiegowi in vitro. Jutro robi badanie z krwi na obecność ciąży. Inna moja koleżanka już dwa lata temu przeszła całą tę kosztowną procedurę i dziś cieszy się córeczką. Zawsze przy takich okazjach nachodzi mnie refleksja, jak to jest – w jednym przypadku (np. w moim) wystarczy miłe fiku miku i już, i raczej większość uwagi w tej kwestii poświęca się na niedopuszczenie na powtórkę z rozrywki, a w innym (i to coraz częściej) trzeba stanąć na głowie (wziąć kredyt, przejść badania, robić sobie zastrzyki w brzuch), żeby dać sobie szansę na zajście w ciążę.

Jedni dużo wydają na antykoncepcję, a drudzy na in vitro. Ironia losu.

Nigdy nie zastanawiałam się, co by było, gdybym nie mogła zajść w ciążę, to się po prostu stało. Ci, co mają mniej szczęścia, miewają na ten temat obsesję. To chyba trochę jak z tymi schodami w tramwaju – nikt, kto pokonuje je w dwie sekundy, nie rozmyśla nad ich istnieniem. Hop – i już.

Trochę marne porównanie, wiem, ale coś w tym jest.

Reklamy

Smak starej japonki

Miałam kiedyś żółwia greckiego. Bardzo sympatyczne zwierzątko i bardzo uparte. Jeśli upatrzył sobie jakiś cel, dążył do niego niestrudzenie, mimo wielokrotnego przestawiania w inne miejsce, okręcania w przeciwnym kierunku etc. Roztrącał łapkami przeszkody, a w przejścia węższe od jego skorupy wciskał się (tj. próbował…) bez krępacji i wahania, niczym czołg. Przypomniała mi się ta moja gadzina, kiedy po raz dziesiąty zabierałam małego spod telewizora…, kiedy setny raz zawracałam go spod kwiatka…, kiedy tysięczny raz powstrzymywałam małe rączki przed oderwaniem kabla internetowego od ściany… Co do tego ostatniego, mszczą się na nas zbyt luźne haczyki, prowadzące kabelek przy podłodze.

Zaślepiliśmy już wszystkie gniazdka, bo również budziły wielkie zainteresowanie, szuflady kuchenne zyskały blokadę w postaci bambusowego kija, na dniach przyjdzie pewnie pora na ochronę  innych sprzętów… Nie powiem, że nie jest to upierdliwe… Oprócz miłości do wszelkiej maści kabli mały zdradza też wielką fascynację kapciami i klapkami, słowem tym, w czym depczemy po domu… Bardzo to higieniczne zajęcie, ciamkanie takiego klapersa… Gryzaki mogę porozrzucać po całym mieszkaniu i gościu nawet na nie nie spojrzy, ale stara japonka, o tak, to dopiero atrakcja!

Parę dni temu byliśmy u dentysty ze swoimi szczękami, przy okazji chcieliśmy też pokazać górne jedynki małego, wyrastające w sporej odległości od siebie. Tak jak podejrzewałam, zadanie nie było proste, młody zrobił buzię w ciup i dopiero machanie mu przed nosem końcówką ssaka uśpiło na moment jego czujność. Generalnie dentystka stwierdziła, że faktycznie wędzidełko jest grube, ale że to to lubi odrastać po przecięciu, to z zabiegiem można się jeszcze wstrzymać, zwłaszcza, że małemu w niczym nie przeszkadza. Zobaczymy, jak ułożą się kolejne zęby, ale raczej będę za tym, by pozbawić synka szpary a’la Karolak. Wiem, wiem, Madonna ma i córka Jaggera też ma, ale co z tego. Ja mam, a mieć bym nie chciała, o mamo, tato, dlaczego w dzieciństwie nie przecięliście mi wędzidełka??!

Wybrałam się ostatnio z młodym na dłuższą wyprawę do miasta (celem wypisania urlopu wychowawczego zresztą) i moje dziecko, zafascynowane otoczeniem, przez 40 minut jazdy tramwajem ani razu na mnie nie spojrzało, o uśmiechu nie wspominając. Za to w kadrach synek kupił wszystkie pracujące tam panie, szeroko prezentując stan swego uzębienia. Podpisałam wszystkie papiery dotyczące wychowawczego, po raz setny zastanawiając się, czy dobrze robię. Ostatnio podjęcie przeze mnie pracy znowu było głównym tematem u nas. Dostałam pewną propozycję. No i zaczęły się rozważania: za i przeciw, za i przeciw, za i przeciw… Ostatecznie posady nie przyjęłam. W tym miejscu pragnę wyrazić podziw dla kobiet, które potrafią zostawić paromiesięczne dziecko z obcą osobą, zwaną opiekunką, we własnym mieszkaniu zresztą. Powody są oczywiście różne i gdybym musiała, to bym taka opiekunkę zatrudniła, ale, szczerze mówiąc, na samą myśl robi mi się jakoś dziwnie.

Co do poruszania się po Wrocławiu z wózkiem, to bywa różnie. Te nowsze autobusy obniżają podłogę (głośno przy tym sycząc) i to jest super udogodnienie. Do tramwajów marki Skoda też w miarę wygodnie można się dostać, troszkę trudniej jest z wyjściem, zwłaszcza jeśli między podłogą a krawężnikiem przystanku powstaje szeroka przerwa (wynikająca z nieprzemyślanej budowy przystanka, jak sądzę), ale od biedy jakoś udaje się wykaraskać. Natomiast stare tramwaje to tragedia, na dzień dobry (i do widzenia) mamy dwa wielkie stopnie, a w samym wagonie brak miejsca dedykowanego dla wózka. Całe szczęście są jeszcze chętni do pomocy chłopcy i panowie, nie musiałam specjalnie prosić, sami rwali się do wnoszenia i znoszenia. A czy moja letnia sukienka na ramiączkach miała tu coś do rzeczy? Może trochę… Make life easier…

Scenki z życia

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

W tramwaju babka tak na oko trzydziestoparoletnia próbuje
ustąpić miejsce staruszkowi, minimum siedemdziesięcioletniemu. Staruszek
dziękuje, mówi, że zaraz wysiada i dodaje:

– Ale jaka miła dziewczyna, życzę pani, aby jakiś chłopak
wynagrodził to pani pieszczotami!

Babeczka płonie na twarzy, ja parskam śmiechem.

 —–

W nocy mężydło, które wróciło z piwa z kolegami, zarzuca mi
ciężkie ramię na piersi (czyli w jego mniemaniu obejmuje), przygniata nogą
(przytula się), świszcze nosem do ucha (wtula mi się w szyję). Kiedy ten atak
się wzmaga, oświadczam, że chcę spać i odsuwam go lekko.

– Dobrze, że mam chociaż fajną poduszkę – mruczy układając
się na swojej połowie (kupił sobie ostatnio ergonomiczną poduchę dopasowującą
się do głowy).