Wakacjowanie

Upał dziś taki, że strach z domu wychodzić. Chodzą po domu dwa golasy – ja w majtkach i staniku, mały w pampersie. Wczoraj, po deszczowej nocy wyszliśmy na plac zabaw, myślałam, że będzie trochę chłodniej, tymczasem niemal widać było, jak paruje wilgotny piasek w piaskownicy. Klimat jak w dżungli, trudno było usiedzieć.

Miniony tydzień, również upalny, spędziłam z małym u moich rodziców. Synek szalał na całego, bo to i nowe wnętrza, i podwórko, i ogród. Masa atrakcji – obserwowanie ślimaka, „pomoc” dziadkowi przy podlewaniu, bieganie po trawie na bosaka. Wyjście na podwórko trwało 3 sekundy – czasem nawet w kapciach. Nie to co w domu – trzeba się wyszykować, trzy piętra pokonać… Dobrze teraz rozumiem, że ludzie często decydują się na domek z ogródkiem , kiedy pojawiają się dzieci. Jest wygodniej (dla rodziców) i bardziej interesująco (dla dzieci). No cóż, co zrobić. Pocieszam się, że i tak mieszkamy w fajnej okolicy, z placami zabaw, parkami, skwerami. Nie wiem, co robią rodzice z dziećmi na osiedlach-typowych blokowiskach. Mieszkałam na takich, we Wrocławiu na Kozanowie i Różance. Klasyczna komunistyczna wielka płyta, 11 pięter. Na podwórku głównie auta i śmietniki. Dla dzieci? Połamana huśtawka. Dramat.

Wracając do pobytu u rodziców – upał był też znośniejszy, bo chodziliśmy na basen. Basen w małym mieście a basen we Wrocławiu to zupełnie inne światy. W powszedni dzień przed południem w ogromnym brodziku było może dziesięcioro dzieci. Wstęp z wózkiem – 4 złote. Dla mnie bomba. Dla synka też. Chlapał się fajnie, wlewał wodę do dmuchanego kółka (to dopiero syzyfowa praca…), w ruch poszły też akcesoria piaskownicowe – podbierał dzieciom wiaderka i łopatki, bo mnie do głowy nie przyszło, że coś takiego przyda się na basenie. No i tylko dziecko ma taką fantazję, by grabić wodę…

Przy okazji pobytu u rodziców zrobiliśmy grilla urodzinowego, synek na dniach kończy dwa latka. Mnóstwo rozumie, czasem się dziwię, że tak dużo, ale zasób słów niestety ubogi bardzo. Przeszkadza to nam w dogadaniu się co do sposobu i miejsca robienia siku i kupki. Od dwóch tygodni próbuję działać z nocnikiem, ale efekty mizerne. Na koncie mam za to kilka siuśkowych kałuż w różnych miejscach w domu i, za przeproszeniem, kupę na kanapie… Jak to zrobić, jak go nauczyć? Sposoby koleżanek na razie nie działają. Opowieści o półtorarocznych dzieciach wołających siusiu dołują i irytują… „Najlepiej teraz, latem”, „Już ma dwa latka, to już teraz musi wołać”, „Mój jakoś sam na nocnik siadł i nie chciał już pampersa”, „Mój zobaczył u taty i od razu chciał tak samo siusiać”, „Założyłam tetrę i jak poczuła, że ma mokro, to już wiedziała, że trzeba wcześniej wołać”. Hmm, a mój potrafi latać zasikany, nie robi problemu z kupy w pielusze, od nocnika ucieka, a tacie próbował podstawiać miseczkę przy sikaniu… Tak jak pod kran…

Z siusiakiem jest jeszcze inna kwestia. Odciągamy napletek, tak jak nam każe pani doktor, dwa tygodnie temu chyba mąż przesadził trochę i mały miał zaczerwienione bardzo te napletkowe miejsca. Byłam u lekarza, dostałam (tzn. kupiłam w aptece…) maść i teraz już jest OK. Staramy się z mężydłem dobrze rozpracować ten problem, żeby nie mieć w przyszłości chirurga na karku.

A wracając do grilla – to był drugi w życiu synka i drugi raz mnie zdumiał tym, z jakim apetytem wsuwał upieczoną karkówkę. Nic go nie zrażało, że trochę twarde czy suche, wrąbał dwa szaszłyki bez mrugnięcia okiem, chętniej niż naleśnika czy inny typowo dziecięcy posiłek. Potem doprawił dwoma kawałkami tortu (nie mogłam mu odmówić, urodzinowy w końcu) i pobiegł dalej szaleć po ogrodzie.

Jest na pewno takie prawo Murphy’ego mówiące o tym, że przed urlopem jest super pogoda, wręcz umierasz z upału, a gdy już wyjedziesz nad tę wodę, to zaczyna się niżowy front czy coś w tym stylu. Obawiam się, że tak u nas będzie, upał nie może trwać wiecznie i skończy się zapewne pierwszego dnia naszego urlopu… Trudno, moja w tym rola, żeby zapakować WSZYSTKO – i kąpielówki, i kurtki, i swetry. Wiadomo, jak to nad polskim morzem -trzeba mieć ze sobą i okulary słoneczne, i parasol. A najlepiej dwa…

Reklamy

Skrajności, czyli w Polsce wiosną nie występuje temperatura 25 stopni, mamy do wyboru 16 lub 36

No i pięknie, najpierw nie można było z dzieckiem wyjść z domu, bo nieustannie lało i wiało, co groziło przeziębieniem jakimś, teraz – dla odmiany –  można dostać udaru lub co najmniej zasłabnąć, na termometrze od kilku dni ponad 30 stopni. I weź tu, człowieku, nie narzekaj. Wychodzę z małym, nasmarowanym pięćdziesiątką, sama też sobie nie żałuję, bo nie chcę się zesmażyć na skwarkę pilnując synka na karuzeli, tudzież łapiąc go zjeżdżającego na brzuchu ze zjeżdżalni (raz nie zdążyłam i wpadł, biedak, z otwartą buzią w hałdę piachu…).

Najlepsza zabawa w taki upał to – wg mnie – taplanie się w baseniku. Powiedzcie to mojemu synowi, please… Rok temu siedział i się taplał. W tym roku najlepszą zabawą jest noszenie wody w koneweczce z łazienki na taras i wlewanie jej tam do basenika. O zamoczeniu choćby jednej nogi nie ma mowy, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Przez dwa dni go namawiałam, sama wlazłam, ledwo się mieszcząc, zabawki powrzucałam te same, którymi bawi się w wanience… Kolorowy basenik wypełniony wodą w upalny dzień służy do tego, by wlewać doń wodę lub wychlapywać ręką na zewnątrz, broń Boże nie wchodzić do środka – tak uważa mój syn. Amen.

Taki z tego pożytek, że polatał bez pieluchy, goluteńki. Znalazł też sekundę, kiedy go nie pilnowałam i zsikał się w pokoju pod stołem. O żadnym wołaniu na nocnik nie było mowy…

Zabawy i zabawki

Kiedy mały idzie do siebie i jest cisza, ukradkiem wychylam się z kuchni i obserwuję, co robi. Dla mnie to najlepszy widok na świecie! Siedzi sobie w swoim pokoiku i sam przekłada zabawki z miejsca na miejsce, próbuje nakręcić ukochanego bączka albo naciska sobie guziki z melodyjkami (czasem nawet podryguje do taktu, to jest dopiero komiczne!). Ostatnio pracowicie próbował umieścić swoje drewniane klocki na prętach zabawki, na których są już nanizane takie klocki (zamieszczam zdjęcie, żeby było wiadomo, o co mi chodzi) i bardzo był zdziwiony, czemu spadają. Z jednej strony było mi go szkoda, z drugiej byłam dumna, że załapał podobieństwo swoich klocków z tymi na zabawce.

Zabawek mały ma sporo, raz jednak prawie całe popołudnie bawił się papierkami wielkości znaczka pocztowego, wydartymi z „Polityki”: podrzucał, łapał, śmiał się, gdy przyklejały mu się do łapek… Świetnie też bawi się ze mną ścierką kuchenną. Zabawa polega na tym, że zarzucam mu ścierkę na głowę, a on piszczy z radości i biega po pokoju, dopóki ścierka mu nie spadnie, wtedy przychodzi do mnie i zaczynamy od nowa… Czasami bawi się jak kot – plamą słońca na podłodze czy sznurkiem.

W dmuchanym baseniku najlepszą zabawą jest wychlapywanie wody. A propos basenika, to wiele mnie wysiłku kosztował ten gumowy potwór. Takie to to niepozorne było, złożone w kostkę w pudełku, myślę sobie (w pewien pieruńsko upalny dzień), pora go nadmuchać, w końcu prezent, wypróbować nam trza. No więc zbliżam ja swój otwór gębowy do wentylka i… próbuję wdmuchnąć choć pół oddechu. Jezus Maria, mało nie padłam, a mały tylko łypał na mnie oczkami. Całe szczęście posiadam pompkę do materaca. Przytargałam ją, pot się leje, ale nic, jaki lepszy dzień jest na basenik, jeśli nie taki upalny. Pompuję zatem. Pompuję. Pompuję. Mały zaczyna płakać ze strachu. Uspokajam go i równocześnie mocniej przyciskam nogą, żeby jak najszybciej skończyć. Basen cały czas płaski, podnosi się tylko coś na kształt pałąka z zabawkami NAD basenem. Nota bene, zabaweczki mają swoje osobne wentylki. Cholera, najmniej potrzeby wentyl jako pierwszy musiałam znaleźć! Namacałam drugi, pompuję. Basen nadal płaski jak deska, ale oto nadmuchała się podłoga! O rany, jeszcze jeden wentyl! Mały prawie w spazmach. Uspokajam go, że zaraz będzie miał super radochę z taplania się w wodzie i pracuję nogą dalej co sił. W końcu basenisko nabrało kształtu. Mały uciekł z rykiem. A ja co, muszę teraz wytargać potwora na taras. Uff… Jak gorąco! Sama bym się wykąpała choćby i w czymś takim, ależ proszę bardzo, w kucki bym się zmieściła, jeszcze tylko wody trzeba nalać… Taszczę z łazienki jedną miskę, drugą, trzecią… Zagaduję równocześnie do małego, żeby się już cieszył na mega rozrywkę. W końcu hurra! Można zaczynać relaksik. Rozbieram małego i chlup! A ten w bek. Nie chce usiąść, trzyma się mnie kurczowo. Co jest, do licha, tyle wysiłku, padam na pysk, a ten co. Gorąco mu nie jest, czy jaka cholera. Okazało się, że mimo żaru z nieba i 35 stopni powietrza woda dla małego za zimna (wg mnie była orzeźwiająca…). Wyciągam go, dolewam ciepłej, wsadzam go znowu, równocześnie czyniąc mu wyrzuty w stylu „matka się tak napracowała, a ty co”. W końcu załapał, usiadł i zaczął się bawić. Chwila oddechu… Po czym, jak wyżej napisałam, najlepszą zabawą okazało się wylewanie wody na zewnątrz…