Rumień i smog

Zgłoszono przypadki rumienia zakaźnego – taka informacja pojawiła się u małego w przedszkolu. Zamieszczono też plastyczny opis objawów, że dziecko wygląda, jakby mu wymierzono „dwa siarczyste policzki”, a na kończynach wysypka układa się „girladowato”, cokolwiek to może oznaczać (że niby się wije na nogach??). Od wywieszenia kartki minęły trzy dni i mały dostał czerwonych polików. Lekarka stwierdziła, że to co syn ma na twarzy nie wygląda jak typowy rumień, ale zaraz też dodała, że ta choroba ma to do siebie, że często przebiega nietypowo… Tak czy siak mały musi siedzieć w domu, a my – ja i mężydło na zmianę – razem z nim. A lekarka chyba w złą chwilę wspomniała o nietypowych objawach, bo chociaż zazwyczaj są to: stan podgorączkowy i ból gardła jak przy przeziębieniu, u nas nic takiego nie wystąpiło, w zamian za to była sraczka (rozwolnienie znaczy…) i wymioty w nocy. Dlaczego wymioty ZAWSZE pojawiają się w nocy, kiedy to dom cichnie i człowiek zadowolony, że wszystko z dzieckiem OK, kładzie się do wyrka? Mały wymiotował w swoim życiu kilka razy i zawsze była to pora jakoś tak po północy. Super. Tym razem zdążyłam z miską, chociaż mały sprawy mi nie ułatwił; zamiast powiedzieć, że mu niedobrze, stwierdził, że… boli go szyja. Hmm…

Mieliśmy tu we Wrocławiu ostatnio kiepskie powietrze, o czym dowiedziałam się z tablicy na przystanku i poczułam się… bardzo źle…

Ale pogoda była za to naprawdę wiosennie przyjemna, toteż po południu, gdy odbierałam małego z przedszkola, spytałam, czy byli na dworze. Och, co za głupia nieświadoma matka! Mamy wszak XXI wiek i gdy na przystanku jest komunikat o złym stanie powietrza, wiadomym jest, że wtedy dzieci siedzą w przedszkolu w czterech ścianach, bo przedszkolanki mają zakaz od władz miasta na ich wyprowadzanie. Poczułam się przez chwilę jak w jakiejś Hieroszimie, kiedy pani pokazała mi na przedszkolnym korytarzu wywieszkę:

Po prostu super, dziękuję Wam wszystkim, palącym w piecach paletami, workami i innymi śmieciami, dzięki Wam moje dziecko nie przeziębi się nieupilnowane przez panią przedszkolankę na dworze, bo na ten dwór po prostu nie wyjdzie. Za to złapie wirusa rumienia zakaźnego, mającego się świetnie w niewietrzonych salach.  😐

Jak nie urok, to sraczka albo szycie na żywca

No nie da się inaczej tego nazwać – kiedy po pierwszych paru dniach w przedszkolu mały złapał anginę, po dwóch tygodniach chorowania poszedł do przedszkola, pochodził 3 dni i wrócił z gorączką, to pierwszy zdrowy weekend chcieliśmy uczcić po prostu siedząc na placu zabaw i łapiąc ostatki letniego słońca. Bo te wszystkie fajne ciepłe dni września siedzieliśmy w domu jak stare dziadki.

Mały bawił się w skakanie z ogrodzenia z kołków na piasek. Niestety dołączyła do niego jakaś dziewczynka. Gdybym ja to widziała, wzmogłabym czujność, jak Boga kocham, bo już nieraz się przekonałam, że takie dziewczynki na placach zabaw to często lubią popchnąć, szarpnąć, wepchać się w kolejkę do zjeżdżalni, wyrwać łopatkę z ręki etc. Przepraszam wszystkich rodziców dziewczynek, ale takie są moje obserwacje. No, ale synka pilnował tatuś. Ja siedziałam kawałek dalej na ławce z gazetką, no po prostu luksus! I co? I po chwili słyszę ryk małego, leci do mnie z wrzaskiem, za nim przestraszone mężydło. Okazało się, że dziewuszka straciła równowagę i spadając z tych kołków pociągnęła małego ze sobą. Wpadli na jakieś krzaczki – niby nic. Ona się obtarła trochę, za to mały rozciął rękę, dłoń w zasadzie. Jak można rozciąć dłoń upadając z wysokości metra na krzaczek – nie wiem, jest to dla nas zagadką jak dotąd, ale wyglądało to paskudnie, jak przecięcie żyletką. No i zaczęła się akcja, trzeba było jechać na chirurgię dziecięcą. Tam swoje odczekać. Mały wyje, ręki nie da dotknąć. W końcu wchodzimy do sali.

Lekarka stwierdziła, że trzeba szyć i że będzie szyła – uwaga – na żywca. Bo znieczulenie też boli i trzeba czekać, a tu myk, myk i zszyje. Zanim zdążyliśmy dobrze pomyśleć, posadziła małego na taborecie na kółkach (sic!), rękę położyła na leżance i dalejże do dzieła. Synka trzymał mąż, ja i pielęgniarka, a lekarka i tak się mocno dziwiła, jakie dziecko silne i się wyrywa. No żesz kurna! Ciekawe, czy sama by tak dała sobie w ranie grzebać! Nie wspomnę, że taborecik na kółkach nie ułatwiał sprawy, co za durny pomysł, sadzać na nim wyrywające się dziecko! Ale takie refleksje to doszły do mnie później, mądry Polak po szkodzie i takie tam…

Mały darł się tak, że myślałam, że po wyjściu z gabinetu poczekalnia będzie pusta, bo wszyscy uciekną. Na koniec dostał opatrunek, receptę na maść i tyle. Dalej nie było wiele łatwiej, bo za maścią trzeba było trochę pojeździć, a następnego dnia już w ogóle zgłupieliśmy, bo mały dostał prawie 40 stopni gorączki. No i pojechaliśmy z powrotem na tę chirurgię, bo to niedziela była.

Lekarz nie stwierdził widocznego zakażenia, ale dał antybiotyk (niestety, kolejny w tym roku) i kazał się w poniedziałek zarejestrować na wtorek, koniecznie osobiście, bo dodzwonić się nie sposób i jeszcze prócz tego przebadać małego pediatrycznie. No więc oczywiście wszystkie plany poniedziałkowe wzięły w łeb, ja musiałam wstać po szóstej, żeby lecieć małego rejestrować, mąż za to poszedł z nim do pediatry. Która nic nie stwierdziła, więc gorączka wzięła się po prostu z powietrza? Bo chirurg upierał się, że na pewno nie z rany. No OK, pediatra mówiła, że to jednak raczej reakcja na ranę. Chętnie posadziłabym takich dwóch lekarzy, co mają odmienne opinie, w jednej sali i niech dyskutują.

W rejestracji do poradni chirurgicznej zapachniało mi Bareją. Była 7:50, podeszłam do kontuaru, ale odgoniono mnie tekstem, że rejestracja od 8. OK, wybiła 8, podchodzę. Pańcia dwa razy kliknęła myszką, po czym rzecze: system się zawiesił, nie mogę rejestrować, proszę przyjść jutro. I TYLE. Koniec. Co miała zamiar robić przez resztę dnia, nie wiem. Ani słowa o tym, że może zaraz się naprawi, przyjdzie informatyk czy co. Ręce mi opadły.

Następnego dnia system był w porządku, dzięki Bogu, zarejestrowałam małego i zajęłam kolejkę. I obserwowałam, co dzieje się takiego w rejestracji, że nie można się do niej dodzwonić. Otóż, nic takiego się nie dzieje. Panie są dwie. Jedna rejestruje, ale tak bez szału, bo jakichś tłumów nie było, druga przekłada papiery, czegoś szuka w segregatorze, podaje koperty panu doktorowi… A telefon dzwoni. A niech se dzwoni, co za problem dojechać na 8 z drugiego końca miasta przez najbardziej zatłoczony plac we Wrocławiu! Bo rzecz miała się na Klinikach, a żeby dojechać na Kliniki, w 90 % przypadków trzeba jechać przez Plac Grunwaldzki, położony w centrum życia studenckiego i nie tylko, dość dodać, że w tramwaju stałam na jednej nodze przylepiona do drzwi. W takich miejscach jak szpitale i poradnie przyszpitalne czas jakby się zatrzymał w latach 80., kiedy to właśnie trzeba było swoje odstać, pilnować, kto za kim itp. Pamiętam, że w dzieciństwie masę czasu spędzałam w poczekalniach, to była męczarnia dla dziecka. Czekać i czekać w dodatku na nic przyjemnego. Jaki problem było zapisać ludzi w zeszycie co kwadrans? Nie potrzeba do tego komputera czy innej tajemnej maszyny, jedynie odrobinę dobrej woli. Nie mam pojęcia, dlaczego tak było – i dlaczego w niektórych placówkach NFZ nadal tak jest.

No nic, ostatecznie wszystko skończyło się dobrze, mały pochodził kilka dni do przedszkola z opatrunkiem, potem – całe szczęście – pediatra wyjęła mu szew (nie musieliśmy się tłuc ekstra na chirurgię znowu) i na razie – odpukuję, spluwam i co tam jeszcze trzeba – jest dobrze. Oby jak najdłużej.

A w przedszkolu wywiesili kartkę „Uwaga wszawica”. Ha ha ha 🙂 To też powrót do PRL…

Zabiegu nie było

Niestety nie przyjęto nas na oddział. Liczyłam się z tym, a jednak rozczarowanie spore… Obdzwoniłam na nowo okoliczne szpitale, okoliczne poza Wrocławiem, bo tu czeka się do drugiej połowy 2018 roku, do tej pory to ten migdał może małemu naturalnie zaniknąć… 😉 Może to taka strategia 🙂 Pielęgniarka, czy kto tam odebrał telefon w szpitalu na Kamieńskiego, od razu poradziła mi dzwonić do oddziałów na Dolnym Śląsku („pani sobie znajdzie w internecie…”, tzn. dzwonić sobie mogę po całej Polsce, ale kto by tam się z dzieckiem tłukł dłużej niż godzinę, zwłaszcza, że wszędzie, jak sądzę, terminy podobne.

Z tym dzwonieniem to nie taka prosta sprawa, najpierw trzeba ustalić, w jakim mieście jest szpital z oddziałem laryngologicznym, potem należy znaleźć na stronie tegoż szpitala odpowiedni numer telefonu, a tylko w jednym przypadku na dziesięć było wprost napisane – tu dzwonić w sprawie zapisów na oddział. W pozostałych szpitalach trzeba kontaktować się albo z pielęgniarką oddziałową, albo z sekretariatem, albo z pokojem pielęgniarek. Trzeba dzwonić rano do jednych szpitali (bo wtedy są zapisy), a popołudniem do innych (bo w tych WTEDY są zapisy). Albo, jak w szpitalu w Oławie, na razie zapisów nie ma wcale, bo cały oddział ma urlop! (SIC!!!) Mam dzwonić po 03.08!

Najczęstsze terminy to druga połowa 2016, znalazłam jednak w jednym szpitalu termin na marzec. I zobaczymy – albo mały doczeka do marca, albo wcześniej przytyje do tych 20 kg. A na razie szykujemy się na wakacje i oby nas choroby omijały. I Was tez! 🙂

Tuczymy małego

Zwolnił się termin zabiegu na wycięcie migdała – jeszcze w lipcu. Lekarka, u której się leczymy, błyskawicznie nas o tym powiadomiła. Mały w ciągu dwóch miesięcy (maj-czerwiec) miał 3 razy zapalenie uszu (raz lewe, raz prawe, a ostatnio oba, bo czemu nie), więc przyspieszenie zabiegu jest mocno wskazane. Dostałam nawet drugie skierowanie i przykazanie, by szukać szybszego terminu gdzieś poza Wrocławiem, szybszego od tego, który mamy (maj 2016…).

No i super, jest miejsce na lipiec (TEGO roku), ale mały musi ważyć 20 kg. Taki standard w szpitalu. I jest problem, bo okazało się, że brakuje nam 1,5 kg. Laryngolog zaleciła pół żartem pół serio, aby gościa dotuczyć… Łamię więc wszystkie zasady zdrowego żywienia i kupuję dziecku pączki i rogale z czekoladą… Czy to coś da, okaże się na oddziale, trzymajcie kciuki.

Trochę niusów

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku 😀

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…

O moim dziecku parę uwag

Nie mogę tego rozgryźć – kładę spać małego w pampersie – rano suchy jak pieprz i tak przez 2 tygodnie. Kładę bez pampersa – pościel zlana. Najgorsze jest to, że ostatnio nawet się nie zbudził i mnie nie zawołał, efekt – rano wszystko było zimno-mokre, a mały miał katar…

Nie udaje mi się nauczyć małego wypluwać pasty przy myciu zębów. Do tej pory używaliśmy żelu, którego połykanie jest nieszkodliwe, chciałabym jednak wprowadzić już pastę z fluorem, a ta już musi być wypluwana. Nie ce pluć!!! – krzyczy mały i wije się przed umywalką. Jakieś rady?

Powiodła się parę dni temu próba zostawienia synka u cioci na parę godzin. Byliśmy w kinie pierwszy raz od 3 lat!!! Co więcej, będziemy mogli to powtórzyć, gdyż mały świetnie się bawił z kuzynką i nie bardzo zwrócił  uwagę na nasz powrót. Nie łudzę się, że z przedszkolem pójdzie równie gładko, bo ani tam cioci, ani kuzynki nie będzie, ale jest jakieś światełko w tunelu… Staram się teraz jak najmniej ingerować w jego zabawy na placu zabaw, ale i tak co chwila patrzy, gdzie jestem. W domu, gdy pójdę do łazienki, zaraz słyszę: „Mamo, gdzie jes-teś?” (tak wymawia).

Bardzo jest wstydliwy. Bawi się z dziećmi na podwórku, najczęściej na wyścigi zjeżdżają ze zjeżdżalni, ganiają się. Ale jeśli go jakiś równolatek zapyta, jak się nazywa, mały spuszcza głowę i nic nie odpowiada. Martwi mnie to. Jak również fakt, że małemu łatwo odebrać zabawkę, którą się bawi. Nie umie zaprotestować. Mówi tylko np. że chce piłkę, którą akurat mu ktoś odebrał, ale nie próbuje jej odzyskać. A dzieci – wiadomo jakie są. Niejednemu wykręciłabym ucho. Jest taka jedna dziewuszka, która zna jedno zdanie – oddaj, to moje! Brutalnie wyrywa z łapek dzieciom wszystkie zabawki, nawet te, które przyniosły ze sobą. Uważnie się rozgląda i gdy tylko któreś złapie jakąś foremkę, wkracza do akcji niczym jakaś terrorystka. Niania czy babcia, która ją przyprowadza, oczywiście upomina, że tak nie wolno itp., ale mała ma to w nosie. Ostatnio rzuciła się na jakąś połamaną łopatkę, gdy tylko mały jej dotknął. Zainterweniowałam, bo już zaczęło mnie to wkurzać, zdaję sobie jednak sprawę, że w przedszkolu nikt nawet nie zauważy takiej sytuacji.

I tu kolejna moja bolączka się pojawia – wiem, że do „mojego” przedszkola przyjęto o wiele za dużo dzieci. Miasto chce bardzo pokazać, że miejsca są dla wszystkich, powiedzieć we wrześniu, że we Wrocławiu, proszę państwa, wszystkie dzieci przyjęto do przedszkola. Ale co o tym myśleć, kiedy w danej placówce miało być grup 5 a utworzono (bo urząd miasta kazał) 15? Nawet nie chcę myśleć, jak będzie wyglądała organizacja zajęć w takim tłoku.

Konstrukcje PRAWIE niemożliwe

Z jednej strony brak doświadczenia (bo i skąd?) i wyobraźni (czy raczej umiejętności przewidywania, co może się stać), z drugiej – ciekawość, eksperyment, brak ograniczeń w głowie. Mały próbuje różnych rozwiązań, to przywilej dziecka. Często przy tym się złości i płacze – nieuniknione rozczarowania… Muszę jednak przyznać, że czasem udaje mu się zbudować taką konstrukcję, której ja nawet nie próbowałabym stawiać. I o to w tym wszystkim chyba chodzi, jak inaczej miałby się rozwijać?

Nam też wczoraj udała się rzecz niemal niemożliwa. Małego przyjęto do przedszkola i to do tego blisko nas. Nie wiem, jak w innych – miały być informacje przesłane mailem, ale nic nie dostałam, a na kolejny objazd po całym mieście nie mam ochoty, ani czasu. Ani też potrzeby, skoro wisimy tutaj na liście. Nota bene, dwa razy więcej nazwisk było na liście niezakwalifikowanych, problem więc nie zniknął.

Rozmawiałam wczoraj z intendentką.

– Skąd pojawiły się te dodatkowe miejsca?

– Miasto kazało nam utworzyć.

– Myślałam, że to jakaś pomyłka, jak zobaczyłam ilość wolnych miejsc.

– Proszę mi wierzyć, ja też. Lista z wakatami została ogłoszona w środę, a nam we wtorek wieczorem powiedziano, że mamy stworzyć tyle a tyle miejsc.

– I co zrobiliście?

– Podstawówka będzie na dwie zmiany.

– Aha…

Cudów nie ma, budynek nie z gumy…