Zaraz zniosę jajko…

Siedzę z małym w domu. Półtora roku przerwy i co? I ucho! Już myślałam, że chociaż z uszami mam spokój, były anginy, gardła i oskrzela, ale ucho!!!??? Znowu?? Naprawdę??? Oczywiście sprawa wyszła na jaw w najlepszym momencie, czyli północ, noc z niedzieli na poniedziałek, wszyscy naszykowani na następny dzień, ja spakowana do pracy, ubranie naszykowane moje i małego (musiałam uwzględnić te trzaskające mrozy, co to przyszły i są, i są), nawet sobie biżuterię dobrałam do bluzki, tak jakoś mi się chciało dobrze zacząć ten poniedziałek i tydzień…

A tu mały woła ze swojego pokoju i płacze, że boli… No żesz kurka wodna… Poniedziałek zaczęłam więc dzwonieniem do przychodni. Pełna wątpliwości, bo mały po podanym w nocy ibupromie był jak nowo narodzony, gorączki nie miał po raz pierwszy w życiu przy uchu (a zapalenie ucha miał z 10 razy), więc myślę sobie – a może mu się tylko zagięło i wybudzony ze snu po prostu histeryzował bez powodu??? Ale ok, z uwagi na przeszłość uszną, poszłam z nim do lekarki. No i niestety jednak zapalenie. Z uwagi na szybką reakcję próbujemy bez antybiotyku, za to codziennie muszę stawiać się do kontroli.

Co tam kontrola, 20 minut łącznie z dojściem i powrotem do przychodni, a reszta dnia?? Co robić ze znudzonym sześciolatkiem cały dzień, jeśli nie chce się go trzymać non stop przed ekranem? Jak napisałam – zaraz zniosę jajko… Czytanie, rysowanie, lepienie z plasteliny, puzzle, lego… I jeszcze tyle czasu do końca dnia… Jakieś sugestie…?

Nie mam pojęcia, jak sobie radzą z tym matki (zazwyczaj są to matki), które nie posyłają dzieci do przedszkola (z różnych przyczyn). To jest tak durne położenie – nie możesz nigdzie wyjść, bo dziecko chore, ma siedzieć w domu. Nie możesz zrobić niczego porządnie (ani posprzątać, ani poczytać, że tak podam czynności z dwóch maniek), bo co chwila jest: mamo!! jestem głodny, nudzę się, włącz bajkę, mamooooooooooo!!! rozlała mi się woda, ułamała kredka, chcę cukierka… etc. Jestem wykończona. Chcę iść do pracy!!!

Rozrywkowy czerwiec

Kolejne zapalenie ucha za nami, tym razem udało się bez antybiotyku, juhu!! Ale przez tydzień podawałam ibuprom i krople, i jeszcze jedne krople, i spray do nosa, i… Uff, dobrze, że na razie koniec. Tydzień z małym w domu był… cóż, męczący. Jedyną „rozrywką” były kontrolne wizyty u lekarza. Aha, pisałam już, że mały zawsze rozkłada się na długie weekendy? Otóż tym razem nie było inaczej, zaczął skarżyć się na ucho tuż po Bożym Ciele…

Po paru dniach w domu z synem marzyłam, by iść do pracy, bo naprawdę, co można robić w domu z dzieckiem codziennie przez tyle dni (a nie wolno wyjść na dwór!)?! Błogosławiony internet, wszelkie filmiki i bajki dla dzieci – co ludzie robili z dziećmi, gdy do oglądania dostępna była jedynie wieczorynka??? Oczywiście nie chcę, by mały non stop gapił się w ekran, ale kiedy już poukładamy klocki (drewniane, Duplo i piankowe) i puzzle (przeróżne), pomalujemy (flamastrami, farbami, kredkami, a także wodą specjalne malowanki), pojeździmy autkami, ulepimy z ciastoliny robale (ulubione przez syna) i powygłupiamy się na łóżku zostaje jeszcze mnóstwo czasu, a wtedy właśnie ratują mnie bajki i Youtube. Zwłaszcza, że nie bez przyczyny ujęłam wszystkie te czynności w liczbie mnogiej – mały nie bardzo chce się bawić sam, coś tam chwilę podłubie, powywraca, ale generalnie chce, bym mu towarzyszyła. Ewentualnie woła mnie co dwie minuty „mamo, zobacz jak poukładałem” albo „mamo, pomóż mi, bo się zepsuło” – w efekcie wracają czasy noworodkowe, kiedy to nie miałam czasu ani na siku, ani na wypicie kawy…

Całe szczęście udało się nam wyjechać na dawno zaplanowany weekend do Wieliczki, przezornie i jasnowidząco zabukowany nie na długi weekend. I było świetnie! Wprawdzie z prawie trzech godzin chodzenia po kopalni mały najlepiej zapamiętał schody, windę i tunele, ale dobre i to 🙂 Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, jak wielkie na mnie wrażenie zrobi kaplica św. Kingi, sama kopalnia oczywiście ciekawa, ale powiedzmy – przewidywalna, natomiast po wejściu do kaplicy w głowie miałam jedno wielkie WOW! Wrażenie piorunujące. I jeziorka podziemne bardzo mi się też podobały, urocze i tajemnicze. Polecam, zwiedzanie bardzo dobrze zorganizowane, każdy turysta dostaje własny wzmacniacz i słuchawkę, więc nie trzeba trzymać się kurczowo przewodnika, a wszystko słychać. Na marginesie – w drodze powrotnej w aucie wynikła dyskusja – co potem z tymi słuchawkami się dzieje? Bo magnetofonik się oddawało, a słuchawki wrzucało do wielkiego pudła. Padły głosy, że strażnicy w nocy je rozplątują i z powrotem pakują do woreczków… Mało higieniczne… I cholernie frustrujące… Z drugiej strony rocznie odwiedza kopalnię milion turystów. Wyrzucałoby się milion słuchawek?? Może macie jakąś teorię?

Z osiągnięć małego: sam zjechał windą w hotelu… Czym przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Ale to jeszcze nic, wywołał też stan przedzawałowy, bo wrzucił kartę otwierającą drzwi w supercienką szczelinę między ścianą a wielkim drewnianym zagłówkiem przykręconym do tej ściany… Pozwoliłam mu się bawić tą kartą, bo stwierdziłam, że w pokoju jej przecież nie zgubi. Minutę potem słyszę „mamo, gdzie jest karta?”, „no, gdzie?” – odpowiadam. „Tutaj” – i pokazuje tę milimetrową szczelinę. A mieliśmy już opuszczać pokój. No i dawaj, odsuwać podwójne łoże (żeby stwierdzić, że zagłówek nadal tkwi przy ścianie – nie odsunął się razem z leżem… Potem szarpać za to rzeźbione ustrojstwo… Na szczęście okazało się, że wisi na hakach… A mały tak się zestresował sytuacją, że poleciał do mojej mamy pokój obok (bo wzięliśmy moich rodziców ze sobą, by mieć na wyjeździe godzinkę dla siebie…) i właściwie się do niej przykleił… No i takie to rozrywki z dzieckiem 🙂

Trochę niusów

Tradycyjnie już tuż przed długim weekendem mały się rozchorował. Tradycyjnie na ucho. Dobrze, że nie czekał do wieczoru 30.04, a rozłożył się dzień wcześniej, był czas na lekarza w normalnym trybie. Strasznie płakał, bolało go bardzo, przykro było patrzeć. Po ibupromie zasnął, a rano przybiegł do nas z wesołym okrzykiem „Już nie boli ucho!!!”. Ale oczywiście do lekarza poszliśmy, doktor podejrzewała, o zgrozo, pęknięcie błony bębenkowej, bo ból tak szybko minął i w dodatku rano ucho było całe zapaskudzone. Na gwałt umówiłam małego do laryngologa (oczywiście prywatnie, „na gwałt” w NFZ to wiecie, miesiąc czekania…), doktor odkurzyła ucho (dosłownie, takim mini odkurzaczem), tyle tego tam było, aż jej rurkę zatkało… Potem wprowadziła kamerkę (niech żyje nowoczesny sprzęt) i całe szczęście stwierdziła, że błona jednak jest cała. Tak czy siak siedzimy w domu na antybiotyku. Dziś na chwilę byliśmy na dworze, bo cieplej było niż w mieszkaniu, za to jutro znowu 16 stopni i deszcz ma być, huśtawka pogodowa straszna. Żeby już zakończyć temat chorowania – zapisałam synka na zabieg usunięcia trzeciego migdała na maj przyszłego roku, to chyba najszybszy termin we Wrocławiu, zobaczymy, co będzie do tego czasu. W grupie małego aż sześcioro dzieci ma ten sam migdałowy problem.

Całe szczęście udało się synkowi tydzień wcześniej pójść na pierwsze urodziny przedszkolnego kolegi, tzn. urodziny czwarte, ale pierwszy raz był na takiej imprezie :). Jak to często teraz bywa, wszystko odbyło się w tzw. małpim gaju w centrum handlowym. Ja nie przepadam za takimi miejscami, zawsze wolałam z dzieckiem pójść do parku czy na plac zabaw, w tych basenach kulkowych i na tych plastikowych zjeżdżalniach na pewno jest miliard bakterii w mm kwadratowym, niemal je widzę… Tam jakieś lampy odkażające powinny być, jak Boga kocham. No, ale co było zrobić. Trochę się zemściło na mnie to, że wcześniej właściwie tylko dwa czy trzy raz byliśmy w takim miejscu, bo mały latał tam jak w amoku. Nie zjadł ani tortu, ani ciasta, a pił „w locie”, jak mu podałam kubek pod nos. Oczywiście po 2 godzinach był ryk, że to już koniec. A nazajutrz, obudzony do przedszkola mały oświadczył, że chce na urodziny, a nie do przedszkola i był problem. Po przedszkolu zazwyczaj szliśmy na plac zabaw, tym razem znowu był ryk, że mamy iść na urodziny i do kolorowej rury… Nie było wyjścia i po paru dniach poszliśmy tam znowu, był piękny słoneczny dzień, więc chociaż nie było tłoku 😀

Trzy i pół godziny. TRZY I PÓŁ GODZINY. Już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek stamtąd wyjdziemy. Mężydło przyniosło jedzenie z knajpy obok, żebyśmy jakoś przetrwali. Mały oczywiście ani jeść, ani pić, ani nic. Tylko skakał, biegał, zjeżdżał, tarzał się w kulkach, no wszystko co można. Wychodził z rykiem, co prawda, ale chyba się nasycił, bo na razie na temat kolorowej rury cisza…